Z pierwszej piłki
poniedziałek, 28 listopada 2011



Krajobraz po rundzie jesiennej wygląda intrygująco i chyba mało kto mógłby go przewidzieć na początku sezonu. Śląsk liderem, Legia druga, na trzecim miejscu Ruch, zaś Wisły i Lecha próżno szukać na podium. Walka o utrzymanie coraz mniej klarowna bowiem wielkich outsiderów nie ma – ostatnia Cracovia traci do przedostatniego Zagłębia zaledwie punkt, zaś do 13. Bełchatowa tylko trzy.

Nieźle weekend zaczęłą Polonia Warszawa – wygrała 2:1, po dwóch bramkach Edgara Caniego i obecnie zajmuje czwartą pozycję w tabeli, choć mecz był dla Czarnych Koszul był bardzo nerwowy – już w 3. minucie Poloniści stracili bramkę. Mogło dojść do sensacji, bo Podbeskidzie, z którym walczyli już utarło w tym sezonie nosa i Wiśle i Legii na ich stadionach. Przez blisko 70. minut prowadziło też z Polonią, ale że Poloniści na własnym obiekcie są niepokonani, ta sztuka im się nie udała. Ponieważ dwa najbliższe mecze Czarnych Koszul odbędą się na wyjazdach, toteż może się okazać, że to ostatnie ich zwycięstwo w tym roku.

Mistrzem jesieni pozostaje Śląsk Wrocław, choć nie zdołał pokonać u siebie Wisły Kraków. Żeby wyrazić rozczarowanie, jakie zgotowali podopieczni Oresta Lenczyka w tym spotkaniu, wystarczy wspomnieć, że przegrali z Wisłą (!), po bramce z rzutu karnego (!!), którą zdobył Rafał Boguski (!!!!!). Czyli nędza, choć pamiętajmy, że był to mecz przyjaźni, a że Wiśle są punkty bardzo potrzebne... W każdym razie, styl Białej Gwiazdy był już nieco lepszy niż w poprzednich spotkaniach, zaś Śląska – znacznie gorszy. No i tak się jakoś stało, że z meczu na remis, wyszła wygrana Wisły i chyba faktycznie potrzebny będzie nowy trener, jeśli Biała Gwiazda chce walczyć o mistrzostwo – bo z całym szacunkiem dla Kazimierza Moskala, ale w grze Wisły trzeba zmienić dużo.

ŁKS zmarnował wybitną szansę na trzy punkty – po golu Antoniego Łukasiewicza prowadził i może nawet wygrałby spotkanie z Jagiellonią, gdyby nie niepotrzebny karny. Tym samym ŁKS nadal 14. w tabeli, Tarasiewicz wciąż bez zwycięstwa ze swoją nową drużyną, a Jaga – bez zwycięstwa na wyjeździe. Czesław Michniewicz cudów nie czyni i 10. w tej chwili Jagę zdołał wyprzedzić nawet Górnik Zabrze. W tej chwili jest oczywiste, że Białostoczanie nie powalczą o puchary i ogólnie ten sezon nie będzie tak udany, jak zeszły, jednak w drugiej rundzie może się okazać, że Jaga nie powalczy nawet o środek tabeli, a wręcz o utrzymanie. Z taką grą – na pewno. Pod tym względem jest jej na pewno po drodze z ŁKSem.

Bliższy utrzymanie jest Górnik, który w niezłym stylu rozgromił Zagłębie Lubin – aż 4:1. Generalnie, odkąd w Lubinie nastąpiła zmiana trenera, Miedziowi zbierają mocne baty – najpierw 1:5 ze Śląskiem, potem chwila oddechu i zwycięstwo 1:0 z Polonią, a później przegrana 0:3 z Legią i teraz z Górnikiem. Goli nie brakuje, tylko chyba nie tak wyobrażali sobie to włodarze miedziowego klubu. Zabrzanie kontynuują niezłą passę, bo po wygranej z Wisłą, potwierdzili, że nie był to przypadek. Rozstrzelał się też Prejouce Nakoulma, który w spotkaniu zdobył dwa gole, czyli w łącznej klasyfikacji ma ich na koncie już sześć. Przebywający w Polsce już od sześciu lat młody napastnik rozgrywa chyba najlepszy sezon w karierze, bo choć bywały już takie, gdy strzelał więcej goli, to jeszcze nigdy aż tyle na poziomie Ekstraklasy.

Legia Warszawa miała szansę, by zająć pierwsze miejsce w tabeli, ale znowu nie była w stanie stanąć na wysokości zadania. Oczywiście, cały sezon dotychczas rozgrywa imponujący, ale co z tego, skoro zaniemogła w naprawdę ważnych momentach? W sobotę przegrała z Koroną Kielce, dla której było to przełamanie po kilku meczach posuchy i która znacząco podniosła się w tabeli, zbliżając się do Wisły i Lecha. Do końca roku, Legia rozegra jeszcze dwa proste spotkania – z Zagłębiem i Cracovią, po których całkiem mozliwe jest wskoczenie na pierwszą pozycję w tabeli, choć aby to się stało, musiałby skapitulować Śląsk. Jak mówi piłkarskie powiedzenie, niewykorzystane okazje się mszczą i drugi taki zbieg okoliczności może się nie powtórzyć.

Cracovia pokonała na własnym stadionie GKS Bełchatów i zbliżyła się do przedostatniego Zagłębia na niebezpieczną odległość – zaledwie jednego punktu. Biorąc pod uwagę nieporadność Lubinian, istnieje spora szansa, że już za tydzień Pasy przeskoczą w tabeli Miedziowych i walka o utrzymanie nabierze rumieńców. Cracovia miała w niedzielę jednak dużo szczęścia, choć i pecha – wygrała 2:1 z GKSem, jednak to piłkarze Pasów strzelili wszystkie trzy bramki, lecz ostatnią, decydującą o wygranej, dopiero w samej końcówce meczu. W tabeli, sytuacja obydwu zespołów, ciągle jest jednak nie do pozazdroszczenia.

Zazdrościć nie można też trenerowi Bakero – jego notowania słabną i nie jest pewne, czy w ogóle dotrzyma on kolejnego meczu. Lech Poznań przegrał kolejne spotkanie w tym sezonie, tym razem u siebie i znów bez strzelonej bramki. Kolejorz zajmuje dopiero siódme miejsce w tabeli i jedynym pocieszeniem jest fakt, że najbliższe dwa mecze zagra ze słabymi drużynami – ŁKSem i Zagłębiem. Nie zmienia to jednak faktu, że łódzki Widzew miał pokonać obowiązkowo, a się to nie udało. Drużyna Rafała Mroczkowskiego zdołała skutecznie zagrać i wywieźć z Bułgarskiej trzy punkty, dzięki czemu zrównała się w tabeli z Kolejorzem. Jose Mari Bakero na chłodną polską zimę może się już chyba ewakuować do Hiszpanii, bo agonia Lecha to w dużej mierze jego wina i zapewne poniesie za to konsekwencje.

W ostatnim meczu kolejki, zwycięstwo u siebie odnotowała Lechia Gdańsk, która po samobójczym strzale Piotra Stawarczyka wygrała 1:0 z Ruchem Chorzów. Choć Gdańszczanie inkasują kolejne trzy punkty (pierwsze pod wodzą Rafała Ulatowskiego), to jednak wypadają w klasyfikacji nędznie. W tabeli są co prawda, na bezpiecznej, 11. pozycji, ale pod względem strzelonych bramek plasują się na samym końcu – zaledwie siedem goli z czego jeden samobójczy, to dobrze Lechii nie wróży. Pytanie jednak, kto miałby te gole strzelać, bo na dzień dzisiejszy w Gdańsku gra sam piłkarski szrot. Podobno zakupem Lechii zainteresowany jest sam Józef Wojciechowski, co byłoby jednak spadkiem z deszczu pod rynnę – piłkarze Polonii przynajmniej raz na jakiś czas strzelają (wyjątkiem jest tu oczywiście Daniel Sikorski).



poniedziałek, 21 listopada 2011

Po dwóch tygodniach przerwy, spowodowanych meczami reprezentacji, powróciła Ekstraklasa. 14. kolejka rozczarowań i niespodzianek raczej nie przyniosła - przecież wiadomo, że Śląsk i Legia rozgrywają świetny sezon, Wisła jest w dołku, Lech markotnieje, a Polonia nie jest w stanie wygrać więcej niż dwóch meczów z rzędu. No i tak też wyglądają wyniki ostatnich spotkań.

Zacznijmy od Śląska - na pozycji lidera czuje się coraz pewniej, bo ma już 31 punktów i pięć oczek przewagi nad drugą w tabeli Legią. Wprawdzie Legia ma rozegrany jeden mecz mniej, ale na dzień dzisiejszy, podopiecznym trenera Oresta Lenczyka nic nie jest w stanie przeszkodzić. Z tydzień grają z Wisłą i jeśli tylko wygrają, to odprawią z kwitkiem kontrkandydata do mistrzostwa - co chyba w tej chwili nie brzmi już szokująco. W piątek, Sląsk pokonał  dwiema bramkami Jagiellonię Białystok, co może nie jest sensacją, biorąc pod uwagę dyspozycję Białostoczan, ale do tej pory Jaga była u siebie niepokonana. Nazywanie Czesława Michniewicza "polskim Mourinho" ma ostatnimi czasy coraz mniejszy sens, obserwując poczynania prowadzonych przez niego zespołów, choć ma jedną rzecz wspólną z Lenczykiem - na koncie mają dotychczas tylko po jednym Mistrzostwie Polski.

Pod tym względem przebija ich Maciej Skorża, którego Legia ostatni mecz przegrała dopiero w siódmej kolejce. Passa spotkań bez porażki ciągnie się już długo i efekty tego widać w tabeli. Legia ma jednak to szczęście, że jedni mają tam teraz życiową formę (Radović, Kuciak), inni wspierają doświadczeniem (Ljuboja, Żewłakow), a najwięcej do udowodnienia mają młodzi (Wolski, Żyro). Ta wybuchowa mieszanka przynosi skutki, jak na razie znakomite. W sobotę, Legia rozklepała u siebie Lechię 3:0 i jest jednym z najpoważniejszych kandydatów do mistrzostwa - i to nie takich z przyzwyczajenia, a tych najbardziej zasłużonych.Rafałowi Ulatowskiemu nie udał się debiut w roli trenera Lechii i nie jest powiedziane, że do końca roku uda się gdańskiemu zespołowi coś wygrać. Chyba pozostaje tylko liczyć na zimowe okienko transferowe i sprowadzenie jakichkolwiek wartościowych graczy, którzy wiosną wywalczą 16 punktów potrzebnych jeszcze do utrzymania.

Nie można tego powiedzieć ani o Lechu, ani o Wiśle - na dzień dzisiejszy, z wielkiej trójki, liczy się tylko Legia. W niedzielę Wisła zaliczyła czwartą porażkę z rzędu, przegrywając z Górnikiem Zabrze, w poniedziałek Kolejorz nie był w stanie pokonać Podbeskidzia. Choć może się to wydawać niemożliwe, ale w tej chwili Wiśle punktowo jest bliżej do ŁKSu, niż do Śląska i w piątek ten dystans może się powiększyć. Zmiana Roberta Maaskanta na Kazimierza Moskala nie wyszła Wisle na dobre, choć Moskal niczego takiego spektakularnie nie spieprzył. Mimo wszystko, dać się zdominować Górnikowi Zabrze na własnym stadionie trzeba umieć. Do niedawna w Krakowie tylko Cracovia rozdawała punkty, teraz dołączyła się do niej Wisła i pomaga w utrzymaniu Lechii, Podbeskidziu, Cracovii i Górnikowi - z tymi drużynami Biała Gwiazda przegrałą w tym sezonie i szok może być o tyle większy, że to jedne z najsłabszych drużyn w naszej lidze.

Lech z kolei też się łamie i nie można tego wytłumaczyć tylko brakiem Rudniewa. W ostatnich czterech meczach Kolejorz nie zdobył bramki, a przecież w trzech z nich Rudniew grał. Teraz Lech nie dał rady Podbeskidziu i może to tylko osłabić pozycję trenera Jose Mari Bakero. Duży dystans dzieli bowiem Lecha i podium - niby tylko trzy punkty, ale to są też aż trzy punkty. Nie jest łatwo odrobić takiego dystansu bez poprawy jakości gry, a przecież ostatnio Lech nie miał trudnych rywali - rzeczone Podbeskidzie, wcześniej Lechia czy Polonia to były drużyny absolutnie do ogrania. Na szczęście dla Lecha, najbliższe dwa spotkania to mecze z Widzewem i ŁKSem, co powinno przynieść jakieś punkty, choć przy obecnej anemii nawet to nie jest pewne.

Polonia Warszawa do walki o mistrzostwo pewnie się nie włączy, bowiem do tego potrzebne jest również wygrywanie na wyjazdach. Z tym Czarne Koszule mają problem - ostatnio uległy Zagłębiu Lubin, pod dowództwem Pavola Hapala. Józef Wojciechowski wykazuje dziwną cierpliwość do porażek drużyny, której jest właścicielem, a to przecież już czwarta w tym sezonie. Wprawdzie ostatnio udało się dwa mecze wygrać, ale pasowałoby jednak pociągnąć tę serię, jeśli klub chce realnie myśleć o pucharach. Zagłębie miało z kolei okazję na odbicie się od dna, ale to nie był ich weekend - wprawdzie wygrali i chwałą im za to, ale w tym samym czasie GKS też zdobył trzy punkty i ponownie zostawił na dnie Lubinian.

Bełchatów wykorzystał bowiem okres powrotu ŁKSu do formy z początku sezonu, gdy obrywali równo wieloma bramkami. Wypunktował Łodzian aż 3:0, czyli nie udał się kolejny trenerski debiut - po Ulatowskim i Moskalu, również Ryszard Tarasiewicz przegrał. O ile jednak dla Tarasiewicza to głównie problem indywidualny, o tyle dla łódzkiego klubu kolejny krok ku przepaści. Obym nie był złym prorokiem, jednak Taraś nie jest typem szkoleniowca, który mógłby udźwignąć misję ratowania takiego klubu, a już na pewno nie z takimi piłkarzami.

W pozostałych meczach, Widzew Łódź zremisował bezbramkowo z Koroną Kielce, zaś Ruch Chorzów pokonał 2:0 walczącą o utrzymanie Cracovię.



sobota, 19 listopada 2011

Tomasz Wieszczycyki i Tomasz Kłos podobno zrezygnowali z pracy w Łódzkim Klubie Sportowym. Dwóch zawodników, którzy związani są z ŁKS od wielu lat, są jego symbolami, z dnia na dzień złożyli wypowiedzenia. Kilkanaście dni wcześniej niespodziewaną dymisję złożył trener Michał Probierz, który znalazł zatrudnienie w greckim Arisie Saloniki. Co prawda zatrudniono dość szybko Ryszarda Tarasiewicza, ale ponoć do końca roku pracuje on za darmo. I właśnie to jest cały problem ŁKS. Pieniądze, a w zasadzie ich kompletny brak. Na dodatek ponoć Andrzej Grajewski chce przejąć klub.

Michał Probierz odchodził z klubu w przededniu meczu z Ruchem u siebie - skończyło się to spektakularną klęską. W przededniu meczu z Bełchatowem odejście zapowiedzieli Wieszczycki i Kłos - efekt niemal dokładnie taki sam, wysoka porażka. W taki sposób ŁKS szybko powróci na ostatnie miejsce w tabeli, a w przyszłym sezonie będzie grał z powrotem w I lidze.

Wieszczycki (dyrektor sportowy) nie zdradził powodu rezygnacji. Kłos (menedżer drużyny) bez ogródek natomiast oświadczył, że nie może dłużej pracować za darmo i z ludźmi, których piłka nożna w ogóle nie interesuje i którzy na dodatek są kompletnie niewiarygodni - to wszystko dotyczyło właścicieli klubu.

To tylko część tekstu. Więcej przeczytasz na portalu FootballBlog.pl

21:45, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 listopada 2011

Rok 2011 przejdzie do historii polskiej piłki, mimo że graliśmy tylko mecze towarzyskie. Taki Michał Żewłakow został rekordzistą w ilości występów w kadrze i zagrał swój pożegnalny mecz, natomiast dziś Dariusz Dudka rozegrał swoje 60. spotkanie w reprezentacji, czym dostał się do Klubu Wybitnego Reprezentanta.

Dudka i Żewłakow. Dwaj piłkarze, którzy są w jakimś stopniu symbolem stanu obecnego naszej piłki. Żewłak to solidny stoper, który jednak nigdy o geniusz się nie ocierał ma obecnie najwięcej występów w reprezentacji Polski i nie zanosi się, by ktoś go dogonił w najbliższym czasie. A przecież było wielu znacznie wybitniejszych piłkarzy w historii. Podobnie z Dudką - znalazł uznanie u większości selekcjonerów od 2004 roku - grał u Janasa, Beenhakkera i Smudy. Do wybitności też mu daleko - ale zawsze był gdzieś pod ręką i dziś to właśnie on wstępuje do elitarnego grona zawodników, którzy tworzyli polską piłkę.

Takie jednak mamy czasy. W meczu z Węgrami Szpakowski pieje nad każdym strzałem, nawet jeśli piłka przelatuje 20 metrów nad bramką. Jak to się mówi - z braku laku, dobry kit. Podobno w Legii Warszawa, jest 16-latek, Aleksander Jagiełło, którego "Przegląd Sportowy" nazwał dziś "polskim Messim". "Messim" został nazwany dlatego, że mając 16 lat, jest zdolniejszy od Żyry i Wolskiego, sprzed kilku lat. Naprawdę, niebywałe osiągnięcie. Gdyby był zdolniejszy od Ibrahimovicia, to OK, ale Żyro i Wolski? Tyle (plus jeszcze niski wzrost) wystarczy do zostania drugim Messim? Nawet nie drugim, a którymś z kolei, bo przecież w drugiej lidze holenderskiej gra sobie Michał Janota, który też miał być Messim, ale aktualnie zamiast w Barcelonie, musi się skupić na grze w Go Ahead Eagles.

Takie czasy. Wymęczyliśmy zwycięstwo ze słabymi Węgrami, w którym dobre sytuacje bramkowe były zwieńczane fatalnymi strzałami, a jedyne gole to dobitka Brożka z metra na pustą bramkę i samobój węgierskiego zawodnika. Na Euro słabych drużyn już jednak nie będzie, o czym świadczą chociażby rozgrywane dziś baraże. Wiadomo, graliśmy na fatalnej murawie, co Szpaku musiał akcentować przy każdym nieudanym zagraniu czy ruchu naszych piłkarzy, bo w końcu łatwiej i wygodniej zwalić na stan boiska, niż na braki w umiejętnościach niektórych zawodników. Brożek, Mierzejewski i Lewandowski pudłowali niemiłosiernie, ale najlepiej zwalić to wszystko na murawę.

Takie czasy. Również bardziej zakręconego pomysłu na obronę dotąd nie było - o ile kiedyś, w jednym meczu, na boisku Smuda wystawił czterech bocznych pomocników, to tym razem, przez chwilę w biało-czerwonych barwach grało... czterech bocznych obrońców. Wasilewski, Komorowski, Wojtkowiak i Piszczek, czyli ani jednego, nominalnego stopera przez dobre kilkanaście minut! W zasadzie to nawet do końca meczu, bo wszedł wprawdzie w 65. minucie Jodłowiec, ale zastąpił Dudkę - defensywnego pomocnika, zaś za Wojtkowiaka w 83. minucie wszedł Gol. O ile Janusz Wójcik zasłynął z hasła "gramy bez bramkarza", to hasłem na dziś jest: "gramy bez stopera!". Pomieszanie z poplątaniem.

A to wszystko w sennej, jesiennej i pustej atmosferze stadionu przy Bułgarskiej, z garstką kibiców, na przygotowywanym na Euro 40. tysięcznym obiekcie. Ale podobo - jeśli wierzyć Jackowi Kurowskiemu - polscy piłkarze lubią grać w takich warunkach.

23:19, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 listopada 2011

Naprawdę nie rozumiem tego całego zamieszania związanego z brakiem orła na koszulkach naszych piłkarzy. Przecież grając z logo PZPN, nasi kopacze kompromitują PZPN, zaś z orzełkiem ośmieszaliby cały nasz kraj.

Dzisiaj, Włosi na stojąco potrafili z nami wygrać, bez żadnego zbędnego wysiłku. Nasza gra była - powiedzmy - taka sobie, ale parę strzeleckich okazji wystarczyło, by zamydlić oczy Darkowi i temu drugiemu, co komentował razem z nim, żeby stwierdzić, że gramy całkiem nieźle. Dla Szpaka nie ma zresztą słabych spotkań, może z wyjątkiem meczu ze Słowenią, dwa lata temu, gdy wygłosił pamiętne przemówienie o Beenhakkerze, dziwnym trafem - w meczu, po którym Leo został zwolniony. Teraz krytykować nie wolno, to i Darek się nie odezwie słowem o tym, że tak znowu dobrze to my nie gramy. Widać, więc że PZPN ma swoją medialną tubę, która dośc poważnie zakłóca odbiór meczu.

Włosi zrobili to, co zrobić należało - uszczelnili defensywę, parę razy zabłysnęli w ataku i zdobyli dwa gole. Mimo, że nie grali na sto procent możliwości, to jednak w niemal każdym aspekcie przewyższali Polaków. Co do naszej reprezentacji, to gdy Lewandowski i Szczęsny mają słabszy dzień, to nasza kadra także. Błaszczykowski tym razem zagrał nawet gorzej, niż w reklamie Biedronki, co już o czymś świadczy, a tak fatalne wykonanie rzutu karnego woła wręcz o pomstę do nieba. Może to trochę niesprawiedliwe, że akurat im się obrywa dziś najbardziej, ale cóż zrobić - w ostatnich spotkaniach ta trójka była jedymi z naszych najlepszych piłakrzy, więc od nich wymaga się więcej.

Całą reszta przeciętnie. Pierwsza bramka to wina kolejno: Obraniaka, Perquisa i Szczęsnego, z których każdy zrobił coś (a właściwie czegoś nie zrobił...), żeby piłka znalazła się w siatce. Dynamiczne logo na koszulkach nie spowodowało jednak dynamicznej gry, a i z dogonieniem Europy mieliśmy problem. Od momentu utraty bramki w zasadzie cała gra Polaków "siadła" i grało się nam coraz ciężej.

Po meczu, tradycyjnie, swoje trzy grosze musiał dorzucić selekcjoner, Franciszek S., który stwierdził, że:

Będziemy jeszcze nieraz rozgrywać dobre spotkania. To tylko przygotowania do Euro. Myślę, że na Euro takie wpadki nam się nie przydarzą. 

Na Euro takie wpadki oczywiście nam się nie przydarzą, bo gdy trafimy na Włochów, to nie przegramy 0:2, tylko przynajmniej 0:4, nawet jeśli będziemy grać w dwunastu i tym dwunastym zawodnikiem nie będzie biedronka. Do takich meczów należałoby się już powoli przyzwyczajać, bo im bliżej Euro ,tym więcej piłkarzy będzie chciało coś swoim selekcjonerom udowodnić i zaczną grać na naprawdę wysokich obrotach. Wtedy jeden Lewy w ataku i jeden Szczęsny na bramce, nawet jeśli będą mieć dobry dzień nie uratują nam wyniku.

23:47, wankuwer
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 listopada 2011

Ludzie chcą krwi, więc krew dostaną – można było pomyśleć przed 13. kolejką Ekstraklasy i zastanawiać się, dla którego trenera okaże się pechowa. Odszedł wprawdzie Michał Probierz z ŁKSu, ale on odchodził raczej w glorii chwały. Oczywiście nie była to taka chwała, że wszyscy go nosiliby na rękach – chyba jeszcze nigdy nie miał tylu wrogów w całej Łodzi, co od minionego czwartku czy piątku. Ale jednak swoje w ŁKSie zrobił, wywindował drużynę w górę tabeli, zdobył 13 spośród dotychczasowych 14 punktów tego zespołu i mógł sobie spieprzać z Łodzi do Salonik.

 

Ale do rzeczy: mozna się było zastanawiać, czy w świetle fatalnych wyników wyleci Tomasz Kafarski z Lechii, czy Adam Nawałka z Zabrza, a tu niespodzianka: poleciała głowa Roberta Maaskanta. Owszem, wyniki Wisły też były kiepskie, ale jednak trener, jakby nie patrzeć zdobył z tą drużyną Mistrzostwo Polski i trzeba mu oddać – przełamał roczny kryzys. Teraz wszystko wróciło do punktu wyjścia i nawet wstydliwa porażka z Cracovią przypomina trochę tę sprzed dwóch lat. Wtedy Wisłę prowadził Maciej Skorża, który od momentu przegranej z Levadią, po której wszystko się posypało, siedział na gorącym krześle. Utrzymał się jednak do wiosny, co Maaskantowi się nie udało. On też miał swoją „Levadię” - przegraną z APOELem. Choć ostatnio Biała Gwiazda w fazie grupowej europejskich rozgrywek grała pięć lat temu, teraz odczytane to zostało jako porazka – Liga Mistrzów była na wyciągnięcie ręki, a Liga Europy – cóż, to zawsze rozczarowanie.

 

Wyniki w LE są dotychczas żenujące, więc można by było wymagać chociaż lepszej postawy w lidze. Trudno jednak o optymizm, gdy z Podbeskidziem i Cracovią się przegrywa, a wynik z ŁKSem musi ratować sędzia. Wisła przedłużyła Cracovii szansę na ligowy byt, bo teraz Pasy niebezpiecznie zbliżyły się do przedostatniego Zagłębia Lubin i dzieli je od niego zaledwie jeden punkt. Wisła nie wypełniła swego obowiązku i choć starała się i atakowała raz za razem, nie udało się jej pokonać defensywy Cracovii. Gdyby się udało, byłaby wiceliderem, a tak musi się zadowolić dopiero szóstym miejscem w tabeli. Do pierwszego Śląska traci już siedem punktów i odrobić straty będzie dosyć trudno.

 

Zmiany trenerów to w ostatniej kolejce w ogóle ciekawy temat. Debiutowało dwóch i solidarnie zebrali solidny łomot. Tomasz Wieszczycki zdecydował się poprowadzić ŁKS w meczu z Ruchem Chorzów i szybko okazało się, że zdolności trenerskie ma porównywalne z Janem Tomaszewskim. ŁKS wrócił do formy z początku sezonu i przegrał u siebie z Chorzowianami 0:4. To może być zwiastun nowej serii, bo na następcę awaryjnego szkoleniowca wybrano Ryszarda Tarasiewicza, znanego z tego, że został zwolniony ze Śląska, gdy zajmował 15 miejsce w tabeli z piłkarzami, których chwilę później Orest Lenczyk doprowadził do wicemistrzostwa. Tak czy inaczej – kondolencje kibicom ŁKSu w związku z odejściem Michała Probierza już można składać. Ruch się natomiast cieszy, bo w tabeli jest trzeci, czym udowadnia, że mozna mieć na koncie pięć porażek i nadal być w czołówce.

 

Drugim debiutantem był Pavol Hapal, ale ten nie debiutował tak całkowicie – wręcz przeciwnie, miał na koncie wcześniej jakieś sukcesy, w przeciwieństwie do Wieszczyckiego. Na niewiele się one jednak zdały, bo Zagłębie Lubin poległo sromotnie ze Śląskiem Wrocław aż 1:5. Piątą bramkę wbił sam Bojan Isajlović, który chyba też chciał dołozyć coś od siebie do wyniku, a swojak to zawsze pamiętne wydarzenie. Dla Śląska strzelali w zasadzie ci, co powinni – Diaz, Celeban, Voskamp czy Ćwielong. Do tej wyliczanki brakuje jeszcze Mili i Soboty, ale już taki Przemysław Kaźmierczak, który dopiero co wrócił po kontuzji, zdążył zanotować asystę. Śląsk jest obecnie pierwszy w tabeli, wyprzedza drugą Legię o pięć punktów i coraz bardziej odjeżdża rywalom, ale przed nim teraz trudne mecze: wyjazd z Jagą oraz gra u siebie z Wisłą. Wiele się jeszcze może zmienić.

 

Skoro już o czołówce mowa, to wysoko, bo na czwartą pozycję awansowała Polonia Warszawa pokonując Lecha Poznań. Zwycięstwo 1:0 zapewnił w 90. minucie Edgar Cani. Teraz na siebie musi uważać trener Jose Mari Bakero, bowiem i w jego przypadku, podobnie jak u Maaskanta, może się wyczerpać cierpliwość władz klubu. Lech jest dopiero piąty, a może być gorzej – w meczu z Polonią Kolejorz stracił Artjoma Rudniewa, który ostatnio i tak się zaciął. Teraz kontuzja spowoduje, że nie zagra do końca roku, choć paradoksalnie może to się Lechowi opłacić – może zimą jeszcze nikt go nie wykupi. Ponieważ terminarz Lecha to mecze z Podbeskidziem, Widzewem i ŁKSem, to może się okazać, że jeszcze nie wszystko stracone i uda się powrócić do batalii o majstra.

 

Bliżej tego celu jest jednak Legia, bo w tabeli jest druga. Gdyby nie straciła punktów w bezbramkowym meczu z Jagiellonią, traciłaby do Śląska tylko trzy punkty, a biorąc pod uwagę, że rozegrała jeden mecz mniej, byłyby szanse na dogonienie podopiecznych trenera Oresta Lenczyka w tabeli. Tak się jednak nie stało i trzeba nadrabiać. Maciej Skorża może jednak ten sezon zaliczyć do udanych, bo nie dość, że Legii żre w Lidze Europy, to jeszcze nieźle radzi sobie w Ekstraklasie. Duża w tym zasługa młodzieży oraz duetu Radović – Ljuboja, a także bramkarza, Dusana Kuciaka. Na dobrą sprawę, Legia obecnie ma dream-team, o jaki w naszej lidze trudno. Jagiellonia z kolei bieduje i zajmuje ósmą pozycję w tabeli. Coraz bardziej grzęźnie w środku klasyfikacji i szanse na tak dobry rezultat jak rok temu są mizerne.

 

W pozostałych meczach Lechia Gdańsk bezbramkowo zremisowała z Widzewem Łódź, mecz Korony Kielce z GKSem Bełchatów zakończył się wynikiem 2:2, zaś Górnik Zabrze zremisował 1:1 z Podbeskidziem Bielsko-Biała.



czwartek, 03 listopada 2011

Takie mecze aż chce się oglądać! Fulham zagrało niezłe spotkanie, żywiołowe, szybkie, emocjonujące, pełne soczystych akcji i pięknych goli. Nic dziwnego - za przeciwników mieli ogórków z Polski, którzy jeszcze niedawno łudzili się marzeniami o grze w Lidze Mistrzów.

Tak, takie mecze się dobrze ogląda - trzeba tylko kibicować lepszym.

W kwestii Wisły, to może byłoby na tyle.

Znacznie lepiej spisała się dziś Legia i na chwilę obecną to polski klub eksportowy nr 1. Nie Lech, nie Wisła, nie Śląsk, tylko właśnie Legia. Awans ma już zapewniony, podobnie zresztą jak PSV Eindhoven i w dodatku znaczniej szybciej, niż sezon temu Lech. Do rozegrania pozostały jeszcze dwa mecze, a Legioniści mogą już świętować i za to należą im się gratulacje. Gratulacje, tradycyjnie już, dla Miro Radovicia, który rozgrywa kapitalny sezon i jest ojcem sukcesu Legii - bo to właśnie on zdobywał ważne bramki z Gaziantepsporem i Spartakiem, bez których fazy grupowej by nie było.

Pogratulować należy też Maciejowi Skorży, który w sobie tylko znany sposób zdołał odmienić grę stołecznej drużyny, po fatalnym sezonie 2010/11. Pomścił także porażki Śląska z Rapidem, bo rumuński klub kończy te rozgrywki bez najmniejszych szans na wyjście z grupy. Dziś Legia wygrała 3:1, czym dała dowód, że jak polskie drużyny chca, to mogą wygrywać w Europie. Można się teraz zastanawiać kto będzie następnym rywalem w 1/16 finału LE, ale to ma już mniejsze znaczenie - kolejny awans naszych stał się faktem i jeśli Legia będzie mieć tyle umiejętności i szczęścia, co do tej pory, to ma szansę przełamać nieosiągalne granice dla naszych poslkich zespołów.

Legia może więc spać spokojnie - swoje w tym sezonie już zrobiła. Teraz czeka ją następny etap - wywalczenie mistrzostwa Polski.

23:32, wankuwer
Link Dodaj komentarz »