Z pierwszej piłki

Minął weekend - podsumowanie

poniedziałek, 28 listopada 2011



Krajobraz po rundzie jesiennej wygląda intrygująco i chyba mało kto mógłby go przewidzieć na początku sezonu. Śląsk liderem, Legia druga, na trzecim miejscu Ruch, zaś Wisły i Lecha próżno szukać na podium. Walka o utrzymanie coraz mniej klarowna bowiem wielkich outsiderów nie ma – ostatnia Cracovia traci do przedostatniego Zagłębia zaledwie punkt, zaś do 13. Bełchatowa tylko trzy.

Nieźle weekend zaczęłą Polonia Warszawa – wygrała 2:1, po dwóch bramkach Edgara Caniego i obecnie zajmuje czwartą pozycję w tabeli, choć mecz był dla Czarnych Koszul był bardzo nerwowy – już w 3. minucie Poloniści stracili bramkę. Mogło dojść do sensacji, bo Podbeskidzie, z którym walczyli już utarło w tym sezonie nosa i Wiśle i Legii na ich stadionach. Przez blisko 70. minut prowadziło też z Polonią, ale że Poloniści na własnym obiekcie są niepokonani, ta sztuka im się nie udała. Ponieważ dwa najbliższe mecze Czarnych Koszul odbędą się na wyjazdach, toteż może się okazać, że to ostatnie ich zwycięstwo w tym roku.

Mistrzem jesieni pozostaje Śląsk Wrocław, choć nie zdołał pokonać u siebie Wisły Kraków. Żeby wyrazić rozczarowanie, jakie zgotowali podopieczni Oresta Lenczyka w tym spotkaniu, wystarczy wspomnieć, że przegrali z Wisłą (!), po bramce z rzutu karnego (!!), którą zdobył Rafał Boguski (!!!!!). Czyli nędza, choć pamiętajmy, że był to mecz przyjaźni, a że Wiśle są punkty bardzo potrzebne... W każdym razie, styl Białej Gwiazdy był już nieco lepszy niż w poprzednich spotkaniach, zaś Śląska – znacznie gorszy. No i tak się jakoś stało, że z meczu na remis, wyszła wygrana Wisły i chyba faktycznie potrzebny będzie nowy trener, jeśli Biała Gwiazda chce walczyć o mistrzostwo – bo z całym szacunkiem dla Kazimierza Moskala, ale w grze Wisły trzeba zmienić dużo.

ŁKS zmarnował wybitną szansę na trzy punkty – po golu Antoniego Łukasiewicza prowadził i może nawet wygrałby spotkanie z Jagiellonią, gdyby nie niepotrzebny karny. Tym samym ŁKS nadal 14. w tabeli, Tarasiewicz wciąż bez zwycięstwa ze swoją nową drużyną, a Jaga – bez zwycięstwa na wyjeździe. Czesław Michniewicz cudów nie czyni i 10. w tej chwili Jagę zdołał wyprzedzić nawet Górnik Zabrze. W tej chwili jest oczywiste, że Białostoczanie nie powalczą o puchary i ogólnie ten sezon nie będzie tak udany, jak zeszły, jednak w drugiej rundzie może się okazać, że Jaga nie powalczy nawet o środek tabeli, a wręcz o utrzymanie. Z taką grą – na pewno. Pod tym względem jest jej na pewno po drodze z ŁKSem.

Bliższy utrzymanie jest Górnik, który w niezłym stylu rozgromił Zagłębie Lubin – aż 4:1. Generalnie, odkąd w Lubinie nastąpiła zmiana trenera, Miedziowi zbierają mocne baty – najpierw 1:5 ze Śląskiem, potem chwila oddechu i zwycięstwo 1:0 z Polonią, a później przegrana 0:3 z Legią i teraz z Górnikiem. Goli nie brakuje, tylko chyba nie tak wyobrażali sobie to włodarze miedziowego klubu. Zabrzanie kontynuują niezłą passę, bo po wygranej z Wisłą, potwierdzili, że nie był to przypadek. Rozstrzelał się też Prejouce Nakoulma, który w spotkaniu zdobył dwa gole, czyli w łącznej klasyfikacji ma ich na koncie już sześć. Przebywający w Polsce już od sześciu lat młody napastnik rozgrywa chyba najlepszy sezon w karierze, bo choć bywały już takie, gdy strzelał więcej goli, to jeszcze nigdy aż tyle na poziomie Ekstraklasy.

Legia Warszawa miała szansę, by zająć pierwsze miejsce w tabeli, ale znowu nie była w stanie stanąć na wysokości zadania. Oczywiście, cały sezon dotychczas rozgrywa imponujący, ale co z tego, skoro zaniemogła w naprawdę ważnych momentach? W sobotę przegrała z Koroną Kielce, dla której było to przełamanie po kilku meczach posuchy i która znacząco podniosła się w tabeli, zbliżając się do Wisły i Lecha. Do końca roku, Legia rozegra jeszcze dwa proste spotkania – z Zagłębiem i Cracovią, po których całkiem mozliwe jest wskoczenie na pierwszą pozycję w tabeli, choć aby to się stało, musiałby skapitulować Śląsk. Jak mówi piłkarskie powiedzenie, niewykorzystane okazje się mszczą i drugi taki zbieg okoliczności może się nie powtórzyć.

Cracovia pokonała na własnym stadionie GKS Bełchatów i zbliżyła się do przedostatniego Zagłębia na niebezpieczną odległość – zaledwie jednego punktu. Biorąc pod uwagę nieporadność Lubinian, istnieje spora szansa, że już za tydzień Pasy przeskoczą w tabeli Miedziowych i walka o utrzymanie nabierze rumieńców. Cracovia miała w niedzielę jednak dużo szczęścia, choć i pecha – wygrała 2:1 z GKSem, jednak to piłkarze Pasów strzelili wszystkie trzy bramki, lecz ostatnią, decydującą o wygranej, dopiero w samej końcówce meczu. W tabeli, sytuacja obydwu zespołów, ciągle jest jednak nie do pozazdroszczenia.

Zazdrościć nie można też trenerowi Bakero – jego notowania słabną i nie jest pewne, czy w ogóle dotrzyma on kolejnego meczu. Lech Poznań przegrał kolejne spotkanie w tym sezonie, tym razem u siebie i znów bez strzelonej bramki. Kolejorz zajmuje dopiero siódme miejsce w tabeli i jedynym pocieszeniem jest fakt, że najbliższe dwa mecze zagra ze słabymi drużynami – ŁKSem i Zagłębiem. Nie zmienia to jednak faktu, że łódzki Widzew miał pokonać obowiązkowo, a się to nie udało. Drużyna Rafała Mroczkowskiego zdołała skutecznie zagrać i wywieźć z Bułgarskiej trzy punkty, dzięki czemu zrównała się w tabeli z Kolejorzem. Jose Mari Bakero na chłodną polską zimę może się już chyba ewakuować do Hiszpanii, bo agonia Lecha to w dużej mierze jego wina i zapewne poniesie za to konsekwencje.

W ostatnim meczu kolejki, zwycięstwo u siebie odnotowała Lechia Gdańsk, która po samobójczym strzale Piotra Stawarczyka wygrała 1:0 z Ruchem Chorzów. Choć Gdańszczanie inkasują kolejne trzy punkty (pierwsze pod wodzą Rafała Ulatowskiego), to jednak wypadają w klasyfikacji nędznie. W tabeli są co prawda, na bezpiecznej, 11. pozycji, ale pod względem strzelonych bramek plasują się na samym końcu – zaledwie siedem goli z czego jeden samobójczy, to dobrze Lechii nie wróży. Pytanie jednak, kto miałby te gole strzelać, bo na dzień dzisiejszy w Gdańsku gra sam piłkarski szrot. Podobno zakupem Lechii zainteresowany jest sam Józef Wojciechowski, co byłoby jednak spadkiem z deszczu pod rynnę – piłkarze Polonii przynajmniej raz na jakiś czas strzelają (wyjątkiem jest tu oczywiście Daniel Sikorski).



poniedziałek, 21 listopada 2011

Po dwóch tygodniach przerwy, spowodowanych meczami reprezentacji, powróciła Ekstraklasa. 14. kolejka rozczarowań i niespodzianek raczej nie przyniosła - przecież wiadomo, że Śląsk i Legia rozgrywają świetny sezon, Wisła jest w dołku, Lech markotnieje, a Polonia nie jest w stanie wygrać więcej niż dwóch meczów z rzędu. No i tak też wyglądają wyniki ostatnich spotkań.

Zacznijmy od Śląska - na pozycji lidera czuje się coraz pewniej, bo ma już 31 punktów i pięć oczek przewagi nad drugą w tabeli Legią. Wprawdzie Legia ma rozegrany jeden mecz mniej, ale na dzień dzisiejszy, podopiecznym trenera Oresta Lenczyka nic nie jest w stanie przeszkodzić. Z tydzień grają z Wisłą i jeśli tylko wygrają, to odprawią z kwitkiem kontrkandydata do mistrzostwa - co chyba w tej chwili nie brzmi już szokująco. W piątek, Sląsk pokonał  dwiema bramkami Jagiellonię Białystok, co może nie jest sensacją, biorąc pod uwagę dyspozycję Białostoczan, ale do tej pory Jaga była u siebie niepokonana. Nazywanie Czesława Michniewicza "polskim Mourinho" ma ostatnimi czasy coraz mniejszy sens, obserwując poczynania prowadzonych przez niego zespołów, choć ma jedną rzecz wspólną z Lenczykiem - na koncie mają dotychczas tylko po jednym Mistrzostwie Polski.

Pod tym względem przebija ich Maciej Skorża, którego Legia ostatni mecz przegrała dopiero w siódmej kolejce. Passa spotkań bez porażki ciągnie się już długo i efekty tego widać w tabeli. Legia ma jednak to szczęście, że jedni mają tam teraz życiową formę (Radović, Kuciak), inni wspierają doświadczeniem (Ljuboja, Żewłakow), a najwięcej do udowodnienia mają młodzi (Wolski, Żyro). Ta wybuchowa mieszanka przynosi skutki, jak na razie znakomite. W sobotę, Legia rozklepała u siebie Lechię 3:0 i jest jednym z najpoważniejszych kandydatów do mistrzostwa - i to nie takich z przyzwyczajenia, a tych najbardziej zasłużonych.Rafałowi Ulatowskiemu nie udał się debiut w roli trenera Lechii i nie jest powiedziane, że do końca roku uda się gdańskiemu zespołowi coś wygrać. Chyba pozostaje tylko liczyć na zimowe okienko transferowe i sprowadzenie jakichkolwiek wartościowych graczy, którzy wiosną wywalczą 16 punktów potrzebnych jeszcze do utrzymania.

Nie można tego powiedzieć ani o Lechu, ani o Wiśle - na dzień dzisiejszy, z wielkiej trójki, liczy się tylko Legia. W niedzielę Wisła zaliczyła czwartą porażkę z rzędu, przegrywając z Górnikiem Zabrze, w poniedziałek Kolejorz nie był w stanie pokonać Podbeskidzia. Choć może się to wydawać niemożliwe, ale w tej chwili Wiśle punktowo jest bliżej do ŁKSu, niż do Śląska i w piątek ten dystans może się powiększyć. Zmiana Roberta Maaskanta na Kazimierza Moskala nie wyszła Wisle na dobre, choć Moskal niczego takiego spektakularnie nie spieprzył. Mimo wszystko, dać się zdominować Górnikowi Zabrze na własnym stadionie trzeba umieć. Do niedawna w Krakowie tylko Cracovia rozdawała punkty, teraz dołączyła się do niej Wisła i pomaga w utrzymaniu Lechii, Podbeskidziu, Cracovii i Górnikowi - z tymi drużynami Biała Gwiazda przegrałą w tym sezonie i szok może być o tyle większy, że to jedne z najsłabszych drużyn w naszej lidze.

Lech z kolei też się łamie i nie można tego wytłumaczyć tylko brakiem Rudniewa. W ostatnich czterech meczach Kolejorz nie zdobył bramki, a przecież w trzech z nich Rudniew grał. Teraz Lech nie dał rady Podbeskidziu i może to tylko osłabić pozycję trenera Jose Mari Bakero. Duży dystans dzieli bowiem Lecha i podium - niby tylko trzy punkty, ale to są też aż trzy punkty. Nie jest łatwo odrobić takiego dystansu bez poprawy jakości gry, a przecież ostatnio Lech nie miał trudnych rywali - rzeczone Podbeskidzie, wcześniej Lechia czy Polonia to były drużyny absolutnie do ogrania. Na szczęście dla Lecha, najbliższe dwa spotkania to mecze z Widzewem i ŁKSem, co powinno przynieść jakieś punkty, choć przy obecnej anemii nawet to nie jest pewne.

Polonia Warszawa do walki o mistrzostwo pewnie się nie włączy, bowiem do tego potrzebne jest również wygrywanie na wyjazdach. Z tym Czarne Koszule mają problem - ostatnio uległy Zagłębiu Lubin, pod dowództwem Pavola Hapala. Józef Wojciechowski wykazuje dziwną cierpliwość do porażek drużyny, której jest właścicielem, a to przecież już czwarta w tym sezonie. Wprawdzie ostatnio udało się dwa mecze wygrać, ale pasowałoby jednak pociągnąć tę serię, jeśli klub chce realnie myśleć o pucharach. Zagłębie miało z kolei okazję na odbicie się od dna, ale to nie był ich weekend - wprawdzie wygrali i chwałą im za to, ale w tym samym czasie GKS też zdobył trzy punkty i ponownie zostawił na dnie Lubinian.

Bełchatów wykorzystał bowiem okres powrotu ŁKSu do formy z początku sezonu, gdy obrywali równo wieloma bramkami. Wypunktował Łodzian aż 3:0, czyli nie udał się kolejny trenerski debiut - po Ulatowskim i Moskalu, również Ryszard Tarasiewicz przegrał. O ile jednak dla Tarasiewicza to głównie problem indywidualny, o tyle dla łódzkiego klubu kolejny krok ku przepaści. Obym nie był złym prorokiem, jednak Taraś nie jest typem szkoleniowca, który mógłby udźwignąć misję ratowania takiego klubu, a już na pewno nie z takimi piłkarzami.

W pozostałych meczach, Widzew Łódź zremisował bezbramkowo z Koroną Kielce, zaś Ruch Chorzów pokonał 2:0 walczącą o utrzymanie Cracovię.



poniedziałek, 07 listopada 2011

Ludzie chcą krwi, więc krew dostaną – można było pomyśleć przed 13. kolejką Ekstraklasy i zastanawiać się, dla którego trenera okaże się pechowa. Odszedł wprawdzie Michał Probierz z ŁKSu, ale on odchodził raczej w glorii chwały. Oczywiście nie była to taka chwała, że wszyscy go nosiliby na rękach – chyba jeszcze nigdy nie miał tylu wrogów w całej Łodzi, co od minionego czwartku czy piątku. Ale jednak swoje w ŁKSie zrobił, wywindował drużynę w górę tabeli, zdobył 13 spośród dotychczasowych 14 punktów tego zespołu i mógł sobie spieprzać z Łodzi do Salonik.

 

Ale do rzeczy: mozna się było zastanawiać, czy w świetle fatalnych wyników wyleci Tomasz Kafarski z Lechii, czy Adam Nawałka z Zabrza, a tu niespodzianka: poleciała głowa Roberta Maaskanta. Owszem, wyniki Wisły też były kiepskie, ale jednak trener, jakby nie patrzeć zdobył z tą drużyną Mistrzostwo Polski i trzeba mu oddać – przełamał roczny kryzys. Teraz wszystko wróciło do punktu wyjścia i nawet wstydliwa porażka z Cracovią przypomina trochę tę sprzed dwóch lat. Wtedy Wisłę prowadził Maciej Skorża, który od momentu przegranej z Levadią, po której wszystko się posypało, siedział na gorącym krześle. Utrzymał się jednak do wiosny, co Maaskantowi się nie udało. On też miał swoją „Levadię” - przegraną z APOELem. Choć ostatnio Biała Gwiazda w fazie grupowej europejskich rozgrywek grała pięć lat temu, teraz odczytane to zostało jako porazka – Liga Mistrzów była na wyciągnięcie ręki, a Liga Europy – cóż, to zawsze rozczarowanie.

 

Wyniki w LE są dotychczas żenujące, więc można by było wymagać chociaż lepszej postawy w lidze. Trudno jednak o optymizm, gdy z Podbeskidziem i Cracovią się przegrywa, a wynik z ŁKSem musi ratować sędzia. Wisła przedłużyła Cracovii szansę na ligowy byt, bo teraz Pasy niebezpiecznie zbliżyły się do przedostatniego Zagłębia Lubin i dzieli je od niego zaledwie jeden punkt. Wisła nie wypełniła swego obowiązku i choć starała się i atakowała raz za razem, nie udało się jej pokonać defensywy Cracovii. Gdyby się udało, byłaby wiceliderem, a tak musi się zadowolić dopiero szóstym miejscem w tabeli. Do pierwszego Śląska traci już siedem punktów i odrobić straty będzie dosyć trudno.

 

Zmiany trenerów to w ostatniej kolejce w ogóle ciekawy temat. Debiutowało dwóch i solidarnie zebrali solidny łomot. Tomasz Wieszczycki zdecydował się poprowadzić ŁKS w meczu z Ruchem Chorzów i szybko okazało się, że zdolności trenerskie ma porównywalne z Janem Tomaszewskim. ŁKS wrócił do formy z początku sezonu i przegrał u siebie z Chorzowianami 0:4. To może być zwiastun nowej serii, bo na następcę awaryjnego szkoleniowca wybrano Ryszarda Tarasiewicza, znanego z tego, że został zwolniony ze Śląska, gdy zajmował 15 miejsce w tabeli z piłkarzami, których chwilę później Orest Lenczyk doprowadził do wicemistrzostwa. Tak czy inaczej – kondolencje kibicom ŁKSu w związku z odejściem Michała Probierza już można składać. Ruch się natomiast cieszy, bo w tabeli jest trzeci, czym udowadnia, że mozna mieć na koncie pięć porażek i nadal być w czołówce.

 

Drugim debiutantem był Pavol Hapal, ale ten nie debiutował tak całkowicie – wręcz przeciwnie, miał na koncie wcześniej jakieś sukcesy, w przeciwieństwie do Wieszczyckiego. Na niewiele się one jednak zdały, bo Zagłębie Lubin poległo sromotnie ze Śląskiem Wrocław aż 1:5. Piątą bramkę wbił sam Bojan Isajlović, który chyba też chciał dołozyć coś od siebie do wyniku, a swojak to zawsze pamiętne wydarzenie. Dla Śląska strzelali w zasadzie ci, co powinni – Diaz, Celeban, Voskamp czy Ćwielong. Do tej wyliczanki brakuje jeszcze Mili i Soboty, ale już taki Przemysław Kaźmierczak, który dopiero co wrócił po kontuzji, zdążył zanotować asystę. Śląsk jest obecnie pierwszy w tabeli, wyprzedza drugą Legię o pięć punktów i coraz bardziej odjeżdża rywalom, ale przed nim teraz trudne mecze: wyjazd z Jagą oraz gra u siebie z Wisłą. Wiele się jeszcze może zmienić.

 

Skoro już o czołówce mowa, to wysoko, bo na czwartą pozycję awansowała Polonia Warszawa pokonując Lecha Poznań. Zwycięstwo 1:0 zapewnił w 90. minucie Edgar Cani. Teraz na siebie musi uważać trener Jose Mari Bakero, bowiem i w jego przypadku, podobnie jak u Maaskanta, może się wyczerpać cierpliwość władz klubu. Lech jest dopiero piąty, a może być gorzej – w meczu z Polonią Kolejorz stracił Artjoma Rudniewa, który ostatnio i tak się zaciął. Teraz kontuzja spowoduje, że nie zagra do końca roku, choć paradoksalnie może to się Lechowi opłacić – może zimą jeszcze nikt go nie wykupi. Ponieważ terminarz Lecha to mecze z Podbeskidziem, Widzewem i ŁKSem, to może się okazać, że jeszcze nie wszystko stracone i uda się powrócić do batalii o majstra.

 

Bliżej tego celu jest jednak Legia, bo w tabeli jest druga. Gdyby nie straciła punktów w bezbramkowym meczu z Jagiellonią, traciłaby do Śląska tylko trzy punkty, a biorąc pod uwagę, że rozegrała jeden mecz mniej, byłyby szanse na dogonienie podopiecznych trenera Oresta Lenczyka w tabeli. Tak się jednak nie stało i trzeba nadrabiać. Maciej Skorża może jednak ten sezon zaliczyć do udanych, bo nie dość, że Legii żre w Lidze Europy, to jeszcze nieźle radzi sobie w Ekstraklasie. Duża w tym zasługa młodzieży oraz duetu Radović – Ljuboja, a także bramkarza, Dusana Kuciaka. Na dobrą sprawę, Legia obecnie ma dream-team, o jaki w naszej lidze trudno. Jagiellonia z kolei bieduje i zajmuje ósmą pozycję w tabeli. Coraz bardziej grzęźnie w środku klasyfikacji i szanse na tak dobry rezultat jak rok temu są mizerne.

 

W pozostałych meczach Lechia Gdańsk bezbramkowo zremisowała z Widzewem Łódź, mecz Korony Kielce z GKSem Bełchatów zakończył się wynikiem 2:2, zaś Górnik Zabrze zremisował 1:1 z Podbeskidziem Bielsko-Biała.



poniedziałek, 31 października 2011

12. kolejka Ekstraklasy minęła bez większych sensacji i fajerwerków, bez skandalicznych błędów sedziowskich czy zapierających dech w piersiach meczów. Bramek też wiele nie padło, a i większych przemeblowań w tabeli nie ma.

Pewnego rodzaju niespodzianką może być wygrana 2:0 Górnika Zabrze z Jagiellonią Białystok, ale jeśli sobie przypomnimy, że nawet Cracovia ma więcej wygranych na wyjeździe, niż Jaga, w tym sezonie, to jakoś niezwykle to się nie prezentuje. Górnik wygrał pierwszy raz od końca sierpnia, czyli piątej kolejki i zajmuje obecnie jedenaste miejsce w tabeli. Kiepsko, jak na klub z takimi tradycjami, ale obecna sytuacja na wiele Zabrzanom nie pozwala. Jaga grzęźnie w środku tabeli, a fakt że najbliższe dwa mecze zagra u siebie wcale nie musi działać na jej korzyśc - zagra bowiem z Legią i Sląskiem, a więc tuzami ligi. Drużyna, która w zeszłym sezonie walczyła o puchary, spisuje się teraz znacznie poniżej oczekiwań. Mówi się o tym, że ten klub ma wzmocnić grający obecnie w Widzewie Dżalamidze, ale to nie musi być taki znowu super transfer - w końcu młody Gruzin w Widzewie czasem błysnie, a przez większość czasu szczególnie się nie wyróżnia.

Na fotelu lidera wygodnie rozsiada się Śląsk Wrocław, który będzie zajmował pierwsze miejsce jeszcze co najmniej do 14. kolejki. Ma trzy punkty przewagi nad drugą w tabeli Legią, a meczem otwarcia nowej areny na Euro 2012 umocnił się na pozycji lidera. Wygrał skromnie, bo tylko 1:0 ze słabiutką Lechią Gdańsk, zaś bramkę na wagę zwycięstwa strzelił Johan Voskamp. Trener Orest Lenczyk może się czuć zadowolony, czego nie można powiedzieć o Tomaszu Kafarskim. Lechia, z pięcioma porażkami na koncie i zaledwie sześcioma strzelonymi bramkami, zajmuje 12. miejsce i o swoją przyszłośc poważnie powinien się obawiać trener Tomasz Kafarski, zwłaszcza, że w perspektywie szykują się trudne mecze z Legią, Ruchem i Polonią.

GKS Bełchatów odniósł w tym sezonie już trzecie zwycięstwo, co było o tyle łatwe, że grał z Zagłębiem Lubin. Tym samym, Bełchatowianie tymczasowo opuścili strefę spadkową, spychając w nią Miedziowych. W Lubinie doszło zatem do konkretnych posunięć i Jana Urbana, kiepskiego w roli szkoleniowca lubinian, zastąpił słowacki trener Pavel Hapal. Hapal prowadził kiedyś MKS Żylinę i doszedł z nią do fazy grupowej Ligi Mistrzów, więc jest szansa, że przynajmniej część jego umiejętności przyda się, by uratować w tym sezonie Zagłębie. Przed Bełchatowem kilka meczów w zasięgu zdobycia punktów, bo z rywalami na porównywalnym poziomie, więc przy pewnej dozie szczęścia, może się udać zgarnąć większość stawki i wywalczyć spokojną zimę.

Trochę uspokoiła się sytuacja w Widzewie, gdzie po trzech porażkach było już naprawdę ciężko. Punkty, jednak przywiozła Cracovia, która w lidze dotychczas zajmuje się głównie rozdawaniem oczek. Obie drużyny walczą póki co o utrzymanie, ale z lepszym skutkiem robi to Widzew – ma już 17 punktów i piastuje miejsce w środku tabeli, natomiast Cracovia po staremu – jest już ostatnia i przynajmniej jeszcze dwie kolejki tak pozostanie – do przedostatniej drużyny traci bowiem cztery punkty, więc hipotetyczne zwycięstwo za tydzień (a szykuje się trudny mecz z Wisłą) nadal nie zmieni jej położenia. Łodzianie natomiast mają szansę piąć się w górę tabeli, gdyż najbliższe dwa mecze zagrają z przeciwnikami całkiem do ogrania – Lechią i Koroną. Ponieważ do spokojnego utrzymania potrzebują jeszcze czterech zwycięstw, bedą mieli szansę wykonać częśc tego planu już w najbliższym czasie.

 

Trochę bardziej będą musieli się postarać piłkarze Podbeskidzia, ale i oni pokazują, że są w stanie rywalizować z najlepszymi. Zawodnicy z Bielska w tym sezonie zdobyli już stadion na Łazienkowskiej, a w ostatnią sobotę także ten na Reymonta. Pokonali i ośmieszyli Wisłę, wygrywając 1:0, choć tak beznadziejnie grającej Białej Gwiazdy dawno nie oglądaliśmy. Swój niefart Wisła zawdzięcza też temu, że tym razem sędzia nie pomógł – a gdyby nawet chciał, to z trudem dałby radę odwalić jakiś numer, bo piłkarze Wisły przeszli obok meczu. Może to i lepiej, że trzy punkty zgarnęło żądne walki i krwi Podbeskidzie, niż zblazowana Wisła, bo bieslką drużynę może to przybliżyć do utrzymania, zaś przybliżenie Wisły do kolejnego mistrzostwa to najprostsza droga do kolejnej kompromitacji w Europie.

 

Korona Kielce odniosła kolejną porażkę z rzędu, tym razem z ŁKSem. Obie drużyny deklarują walkę o utrzymanie, choć na początku sezonu były to dwie, jakże odmienne sytuacje – Korona przez pewien czas liderowała i liczyła serię meczów bez przegranej, zaś ŁKS był najgorszą drużyną z fatalnym bilansem bramkowym. Teraz ŁKS powoli, bo powoli, ale za to ambitnie, pnie się w górę ligowej tabeli, a wygrana wyjazdowa z Koroną 2:0 tylko go do celu, jakim jest pozostanie w Ekstraklasie przybliża. Tytaniczna praca Michała Probierza procentuje i na najbliższe trzy spotkania Łódzki Klub Sportowy może patrzeć z umiarkowanym optymizmem – zagra u siebie z Ruchem i Jagiellonią, oraz na wyjeździe z Bełchatowem – stąd też szansa na korzystne rezulataty. Do umownej granicy utrzymania potrzeba mu bowiem około 16 punktów i osiągnięcie tego jest całkiem możliwe.

 

Hitem kolejki miał być mecz Lecha Poznań z Legią Warszawa i choć emocji nie brakowało, to żadne bramki nie padły. Lech kontrolował spotkanie, stwarzał sytuacje i niestety, nie mógł niczego ustrzelić. Remis na pewno nie zadowala podopiecznych Jose Mari Bakero, bo szansa na prześcignięcie Legii i wskoczenie na drugie miejsce była spora. Wprawdzie najbliższe tygodnie będą dla Lecha stały pod znakiem gry z niezbyt wymagającymi przeciwnikami, jednak pokonanie Legii w prestiżowym spotkaniu na pewno podniosłoby morale Kolejorza. Legia zaprezentowała się nieco słabiej, ale grunt, że nie straciła punktu, o wywalczenie którego łatwo nie było. Wciąż jest bowiem wiceliderem z jednym rozegranym meczem mniej.

 

Ostatnim meczem 12. kolejki było starcie Polonii Warszawa z Ruchem Chorzów i tym razem górą okazały się Czarne Koszule. Jest to o tyle ważne, że wygrały one na wyjeździe swoje pierwsze spotkanie w tym sezonie, a jedyną bramkę zdobył Pavol Sultes, który wreszcie się do czegoś przydał. Niebiescy musieli znieść gorzki smak porażki, gorzki tym bardziej, że gdyby wygrali, to wskoczyliby na podium. Poloniści do podium mają wprawdzie dłuższą drogę, ale jeśli za tydzień wygrają z Lechem, to powinni spokojnie uplasować się w okolicy trzeciego miejsca.



poniedziałek, 24 października 2011

11. kolejka Ekstraklasy dobiegła już końca i dość znacząco zmienił się układ tabeli. Rewelacje sezonu ugrzęzły gdzieś w ligowej szarzyźnie, a na szczyt wypłynęli starzy wyjadacze. Większych sensacji raczej nie było, ale sędziowie znów dali popis.

Jedynym wynikiem, który można uznać względną sensację, jest wygrana Zagłębie Lubin z Koroną Kielce. Względną, bo o ile mówimy o meczu niedawnego lidera z potencjalnym spadkowiczem, to jednak nadmuchiwany balon Kielczan pękł przed tygodniem i teraz, jak widać, trudno temu zespołowi grać na takiej fali, jak jeszcze dwie kolejki temu. Podopieczni Leszka Ojrzyńskiego przegrali drugi mecz z rzędu, co do tej pory im się nie przytrafiło. Jednak druga porażka Korony, to jednocześnie druga wygrana Zagłębia i wydaje się (choć nie jest pewne), że zmiana trenera w Lubinie nie musi nastąpić szybko. Patrząc jednak szerzej na sytuację Zagłębia, to praca Jana Urbana prezentuje się fatalnie i to pomimo ostatniego zwycięstwa 3:1.

Prejouce Nakoulma ma już na koncie trzy gole w tym sezonie, grając w barwach Górnika, czyli dokładnie o dwa więcej, niż przez cały zeszły sezon w Widzewie. Tym razem jednak gol tego napastnika nie dał Zabrzanom remisu, jak to miało miejsce przy poprzednich jego trafieniach, tylko był honorowym trafieniem w przegranych derbach Śląska. Górą ponownie okazał się Ruch Chorzów, który na zabrzańskim obiekcie zwyciężył 2:1 i ma zaledwie trzy punkty straty do lidera. Niebiescy pchnęli Górnika w naprawdę spore tarapaty, bo z tak słabą grą piłkarze z Roosvelta znajdują się tuż nad strefą spadkową i do listy trenerów, którzy mogą potencjalnie pożegnać się w najbliższym czasie z robotą, należy dopisać Adama Nawałkę. Dobre wieści dla Górnika są takie, że najbliższe dwa spotkania, to mecze z Jagiellonią u siebie (która nie umie grać na wyjazdach) oraz z Podbeskidziem w Bielsku (które nie umie grać... tak samo jak zresztą Górnik).

Bohaterem Jagiellonii został w sobotę Tomasz Frankowski, który tradycyjnie zdobył gola i ma juz w tym sezonie na koncie 9 trafień. Dał on Jadze trzy punkty w meczu z GKSem Bełchatów, lecz pozostaje pewien niesmak - bramka wpadła ze spalonego i to dość znacznego. Gdy do tego dodamy fatalny błąd arbitra, który nie podyktował ewidentnego karnego, po faulu na Kamilu Kosowskim, możemy z przerażeniem dostrzec, że GKS został brutalnie oszukany. Biorąc pod uwagę, że dość rozpaczliwie walczy o utrzymanie, bardzo źle by się stało, gdyby na koniec sezonu, okazało sie, że spadnie on z ligi przez tak karygodne błędy sędziego Szymona Marciniaka. Wiatr w żagle złapała Jaga, która już chyba zawsze będzie grać dobrze tylko i wyłącznie u siebie.

Śląsk Wrocław powrócił do normy i zaczął wygrywać - w sobotę pokonał 1:0 Podbeskidzie Bielsko-Biała. Powrócił tym samym na fotel lidera i ciekawość może wzbudzać pytanie, jak długo będzie liderował. Bo do niedawna lider był sensacyjny  - Korona, ale ona dość szybko powróciła na ziemię i wskoczyć jej na pierwszą pozycje będzie niesłychanie ciężko. Śląsk wydaje się pewniejszy, choć w mistrzostwo wywalczone przez tę drużynę, trudno bedzie uwierzyć. Podbeskidzie choć bardzo chciało, nie zdołało wywalczyć ani jednego punktu przy Oporowskiej, choć może wygrana na wyjeździe uda im się za tydzień - zagrają z Wisłą, którą w zeszłym sezonie ośmieszyli w Pucharze Polski.

Dobrze oglądało się mecz Lechii Gdańsk z Lechem Poznań, jednak spotkanie miało dość istotną wadę - nie zawierało bramek. Jedyną atrakcją, tak na dobrą sprawę było samowłączenie się zraszaczy w trakcie meczu. Poza tym trochę okazji, trochę waleczności, a mimo to Kolejorz musiał podzielić się punktami i z pierwszego miejsca w tabeli przesunął się na czwarte. Zmiana w czołówce może się jednak odbyć za tydzień, bo Lech gra z Legią i spowodować to może albo umocnienie się Legii lub Lecha na szczycie tabeli, albo dalsze obsuwanie w dół. Drużyna Tomasza Kafarskiego wskoczyła z kolei na bezpieczne, 10. miejsce i widmo zbliżenia się do strafy spadkowej jej na razie nie grozi, choć trener Tomasz Kafarski ciągle musi się obawiać o swoją posadę.

Jeśli Wisła zdobędzie w tym sezonie mistrzostwo, to odbędzie się to po pierwsze dzięki Dudu Bitonowi ,a po drugie, dzięki sędziom. Jaka liga, taki mistrz, ale też, jaki mistrz – tacy sędziowie. Przed tygodniem wynik meczu przekręcił Lyczmański, teraz sedzia liniowy, który nie uznał absolutnie prawidłowej bramki ŁKSu, dającej gospodarzom remis 2:2 w meczu z Wisłą. Ostatecznie Biała Gwiazda wygrała 2:1, ale niesmak pozostanie jeszcze długo. Wielka szkoda, że ŁKS nie zdołał wywalczyć choćby głupiego punktu, bowiem przez chwilę nawet w tym meczu prowadził. Mimo to, jest pewnym sukcesem, że drużyna, która jeszcze na początku sezonu przegrywała po 0:6, teraz jest w stanie strzelić gola potentatowi i otrzeć się o korzystny rezultat. Michał Probierz odmienił oblicze łodzian – wystarczyło wykurzyć z bramki Wyparłę, a z obrony Adamskiego i jakoś ta gra się lepiej układa.

 

Kiepską serię notuje Widzew, który w ligowym klasyku uległ Legii Warszawa. W przypadku Widzewa można powiedzieć „tak dobrze żarło i zdechło” – bo przez bite osiem kolejek łódzka drużyna była niepokonana, a teraz notuje serię aż trzech porażek z rzędu. Pod tym względem jest przeciwieństwem Legii, która ostatnio wygrywa wszystko, co ma wygrywać. Duże brawa należą się Maciejowi Skorży, za wyciągnięcie wniosków z minionego sezonu. Dwa gole dla Legii zdobyli Michał Żyro i Rafał Wolski, a więc młodzi wychowankowie, co pokazuje, że w Legii warto stawiać na młodzież i świadczą o tym nie tylko przykłady Borysiuka i Kucharczyka. W tabeli Legia zajmuje drugie miejsce i przyszła kolejka pokaże, czy jest już na tyle silna by wskoczyć na pierwszą pozycję z jednym rozegranym meczem mniej.

 

Ostatnim meczem kolejki było starcie Cracovii z Polonią Warszawa, które się w zasadzie tylko odbyło. Nawet bramki nie padły, a mecz był tak nijaki, że szkoda więcej o nim pisać. Grunt, że nastąpiło obustronne przełamanie – Polonia Warszawa nie przegrał pierwszego w tym sezonie meczu na wyjeździe, a Cracovia nie przegrała u siebie. To jednak ciekawostki okiem statystyka – okiem kibica ciekawego nie wydarzyło się nic.

poniedziałek, 17 października 2011

10.kolejka Ekstraklasy upłynęła nam pod znakiem emocji, niestety nie tych czysto piłkarskich, a tych bardziej  przyziemnych – sędziowskich pomyłek. Stężenie ich w ciągu ostatniego weekendu było wręcz zatrważające.


Pierwszy błąd miał miejsce już w pierwszym meczu, gdy sędzia Raczkowski podyktował kontrowersyjny rzut karny w meczu Podbeskidzia Bielsko-Białą z Cracovią. Dzięki tej bramce, pewnie wykorzystanej przez Sylwestra Patejuka gospodarze wygrali 1:0 i niestety, niesmak pozostał. Momentami to Cracovia grała lepszą piłkę,a w meczu o „sześc punktów” nie zdobyła ani jednego. Sytuacja jednak nie jest najgorsza – przed rokiem, o tej porze miała na koncie cztery punkty, tracąc trzy do przedostatniej drużyny w tabeli. Dziś ma ich pięć i traci tylko dwa do Zagłębia Lubin. Podbeskidzie z kolei umocniło się i obecnie w tabeli jest już jedenaste.


W piątek zagrał też Lech Poznań z Koroną Kielce i tu sędziowskich błędów już nie było, a przynajmniej nie takich, które wypaczałyby wynik. Korona przegrałą po raz pierwszy w tym sezonie, ale chyba nareszcie trafiła na lepszego od siebie przeciwnika. Lech zagrał pewnie i kontrolował grę, a w grze tej drużyny widać było znacznie lepsze wyszkolenie techniczne. Piłkarze Korony, sorry, ale nie robili nic, poza kopaniem po kostkach. Mimo to, Kolejorzowi z trudem przyszło zdobycie gola – w 64. minucie poznańskiej drużynie się jednak poszczęściło i bramkę zdobył Grzegorz Wojtkowiak. Lech wrócił na fotel lidera, a Korona z 19. punktami na koncie, musi się zadowolić trzecim miejscem.


Szok i niedowierzanie w Bełchatowie – GKS wygrał ze Śląskiem Wrocław. Co więcej, nie była to przypadkowa wygrana psim swędem, tylko naprawdę robiące wrażenie, zasłużone 3:0. Dla Bełchatowian to druga w tym sezonie wygrana ,dla Śląska trzecia porażka – ewidentnie, trener Orest Lenczyk ma w tym sezonie gorszą passę. Żeby było ciekawiej, dwie braki strzelił „napastnik” - Paweł Buzała, który ma poważne problemy ze zdobyciem więcej niż pięciu goli w trakcie sezonu, a więc mecz można okreslić mianem prawdziwego meczu cudów. GKS opuścił wprawdzie strefę spadkową, jednak aby marzyć o utrzymaniu, musi grać tak coraz częściej.


Mecz Polonii Warszawa z Górnikiem Zabrze to kolejny skandaliczny przykład wypaczenia wyniku przez sędziowskie błędy. Polonia wygrywała 1:0 od 32. minuty po bramce Edgara Caniego i pewnie dowiozłaby ten wynik do końca, gdyby nie fakt, że sędzia przeoczył zagranie ręką Nakoulmy w doliczonym czasie gry drugiej połowy. Po jego akcji padła bramka, która nigdy nie powinna zostać uznana. Fatalny błąd odebrał Czarnym Koszulom trzy punkty i musieli się zadowolić zaledwie remisem. Cenny punkt zdobył natomiast Górnik Zabrze, choć zajmuje on zaledwie 13. miejsce w tabeli – wyprzedzić go zdołał nawet ŁKS. O ile sezon temu Górnik był jedną z rewelacji, o tyle teraz walka o utrzymanie to maksium jego możliwości.


3.Prawdziwym skandalem było jednak sędziowanie sędziego Lyczmańskiego w meczu Wisły Kraków z Jagiellonią Białystok. Wisła wygrała 3:1 przy wydatnej „pomocy” arbitra. Po pierwsze, faul Bunozy na Kupiszu powinien zakończyć się podyktowaniem rzutu karnego, czego sędzia nie raczył zrobić. Pół biedy jednak niepodyktowany karny – bramka Wisły na 1:1 to kolejny skandal – Jaliens przytrzymywał bramkarza Jagi w momencie oddawania strzału i w ten sposób padła bramka, która nigdy nie powinna zostać uznana. Wisła wygrała więc w skandalicznych okolicznościach i pozostałe trafienie – przełamanie Genkowa i Kirma nie zmieniają zbytnio odbioru tego spotkania. Choć jeszcze do 80. minuty prowadziła Jaga, ostatnie 10 minut w wykonaniu Wisły było zabójczego. W wykonaniu sędziego też.


Dużą niespodzianką jest też wygrana Lechii Gdańsk, na wyjeździe, z Zagłębiem Lubin. To znaczy, wygrana z Zagłębiem to nie jest niespodzianka dla żadnej drużyny, ale tak zblazowany zespół jak Lechia na pewno nie był stawiany w tym meczu jako faworyt. Wprawdzie wygrana 1:0 nosi znamiona przypadku i uśmiechu losu, ale trzy punkty w tabeli są znacznie bardziej wymierne. Zagłębie po raz kolejny spada na przedostatnią pozycję i o ile przed sezonem, mówiło się, że może być ono czarnym koniem Ekstraklasy, to teraz bardziej pasuje do niego stwierdzenie, że będzie czarnym koniem, ale walki o utrzymanie. Siedem punktów w 10 meczach – tragiczny bilans.


Ogólnie, jednobramkowe zwycięstwa dość często zdarzały się w tej kolejce. Legia Warszawa pokonała chorzowski Ruch na wyjeździe jedną bramką, którą co więcej, zdobył Danijel Ljuboja. Niebiescy mieli znakomitą szansę na doskoczenie do czołówki i być może, nawet wskoczenie na podium, niestety zmarnowali ją i obecnie na czwartym miejscu w tabeli znajduje się Legia. Drużyna Macieja Skorży rozgrywa całkiem niezły obecnie sezon – 18 punktów w 9 meczach daje średnią punkty na spotkanie. Być może, gdyby nie to, że ma dotychczas rozegrane jedno spotkanie mniej, byłaby liderem tabeli – bo już teraz do pozycji lidera brakuje jej zaledwie jednego punktu.


Ostatnim spotkaniem 10. kolejki Ekstraklasy były derby Łodzi, po długiej przerwie, znowu w Ekstraklasie. Mecz rozgrywany w poniedziałek na stadionie Widzewa nie był szczególnie pięknym widowiskiem, ale szczególny był dla obecnego trenera ŁKSu, Michała Probierza. Trener i piłkarz, dotąd związany z Widzewem, trenuje obecnie ŁKS i jako szkoleniowiec tej drużyny odniósł właśnie zwycięstwo na obiekcie swojej dawnej drużyny. Jedyną bramkę w meczu zdobył Marcin Mięciel, który przełamać się nie mógł od bardzo dawna, a ostanie gole strzelał na zapleczu Ekstraklasy. Teraz 36-letni napastnik po długiej przerwie, zdobył wreszcie bramkę w ekstraklasie, ważną o tyle, że dałą ona trzy punkty walczącemu o utrzymanie ŁKSowi. Po ostatniej kolejce, Widzew zdaje się wpadać w marazm, bo to już druga przegrana tej drużyny, co od początku sezonu praktycznie się nie zdarzało. 

poniedziałek, 03 października 2011

Stopniowo nam się krystalizuje tabela Ekstraklasy. Par excellence. Stopniowo, bo nie tylko z czasem, ale też w schodkowy sposób. Niektóre drużyny w lidze mają po tyle samo punktów,a tabela generalnie wygląda tak, że o puchary walczy 9 drużyn (różnica między pierwszą a dziewiątą wynosi pięc punktów), a potem następuje tąpnięcie i pięć punktów przerwy - kolejne drużyny walczą już o utrzymanie.

Gratulacje na pewno należą się ŁKSowi i trenerowi Michałowi Probierzowi - za ambicję. Jest jeszcze zbyt daleko od jakiegokolwiek ferowania wyroków, ale łódzka drużyna zaczyna grać coraz lepiej i co najważniejsze, potrafi się podnieść pomimo ciosów. W piątek grała z towarzyszem niedoli - Podbeskidziem, i wygrała 2:1, pomimo tego, że jako pierwsza strzeliła gola. Bramki dla Łódzkiego Klubu Sportowego zdobyli Sebastian Szałachowski i Marek Saganowski, którzy wyrastają na najskuteczniejszych strzelców w drużynie. ŁKS awansował na 13 pozycję i ma już osiem oczek na koncie, ale nie będzie miał łatwej walki o utrzymanie, gdyż przed nim sporo meczów z trudnymi rywalami.

Brawa na pewno nie należą się Lechii Gdańsk, która swoją grą niesamowicie kaleczy polski futbol, co już jest trudne do zrealizowania. W piątek bezbramkowo zremisowała z GKSem Bełchatów i to jest jedno z tych postkań, o których można śmiało powiedzieć: wynik lepszy niż gra. Lechiści zupełnie nie chcieli grać i może by nawet oddali ten mecz walkowerem, bo Bełchatów (!!!) całkowicie zdominował grę, ale wszystkie ataki kończyły się na świetnych interwencjach młodego Wojciecha Pawłowskiego. Osiemnastolatek wybronił Lechii mecz, który powinna ona wysoko przegrać i zobaczymy jak potoczy się dalej kariera tego młodego bramkarza. GKS ma na koncie nadal tylko jedną wygraną i walka o utrzymanie w przypadku tej drużyny wygląda naprawdę mizernie.

Na szczęście zdarzały się też lepsze mecze. Widzew Łódź aż do 9. kolejki nie mógł znaleźć w lidze swojego pogromcy. Do czasu. Ruch Chorzów jako pierwszy zdołał sforsować defensywę łódzkiej drużyny i zdobyć więcej bramek. Dwie z nich strzelił zresztą Maciej Jankowski, który ma w tym sezonie na koncie już pięć trafień i puka do drzwi reprezentacji. Trzecie dołożył Arkadiusz Piech, stanowiący razem z Jankowskim siłę ofensywną Niebieskich, a Widzew odpowiedział tylko jednym golem Piotra Grzelczaka. Widzew zajmuje dopiero siódme miejsce w tabeli, ma na koncie 14 punktów i choć obecnie można byłoby to uznać za niepowodzenie, to jednak przed sezonem taki wynik byłby pewnie wzięty w ciemno.

Z chwilowego kryzysu podnosi się Jagiellonia Białystok. W tym sezonie na bramce tego klubu powstał niezły zwierzyniec - po Słowiku i Baranie, przyszła pora na Ptaka. Tenże Ptak Tomasz, 19-latek to kolejny młody bramkarz, debiutujący w tej kolejce Ekstraklasy i spisujący się całkiem nieźle. Jaga wygrala 3:1 i choć Ptak wpuścił tę jedną bramkę, to powstrzymał jednak Zagłębie Lubin od kolejnych trafień. Co ciekawe, jedyną bramkę dla Lubinian zdobył... tak, tak... Darvydas Sernas! No cóż, odblokował się chłopak i jak to mówią - lepiej późno niż wcale. Nie ma co się jednak rozczulać nad tym jednym golem, w momencie gdy dwie bramki zdobył Tomasz Frankowski i w tym momencie ma na koncie 155 trafień w Ekstraklasie, co daje mu czwarte miejsce w Klubie 100, ex aequo z Włodzimierzem Lubańskim. Niestety, na kolejny awans w tej klasyfikacji chyba nie ma co liczyć - no może pod warunkiem, że Franek zdobędzie jeszcze 12 bramek i dorówna Gerardowi Cieślikowi.

Skoro już o bramkach mowa, to Artjom Rudniew ma ich na koncie w tym sezonie już 14. wszystko wskazuje na to, że się na tej liczbie nie skończy, a liczba ta jest szczególna - w zeszłym roku tyle trafień wystarczyło do zdobycia tytułu króla strzelców. Kto wie, może jeszcze w rundzie jesiennej, Rudniew strzeli jeszcze ze cztery bramki i wyrówna osiągnięcie Roberta Lewandowskiego sprzed dwóch sezonów? W każdym razie, w sobotę Kolejorz rozegrał naprawdę dobry mecz z Cracovią, który wygrał 3:0. W zasadzie, Lech jest drużyną nieobliczalną - potrafi zarówno wtopić, jak i nieźle rozgromić. Pod tym względem jest przeciwieństwem Pasów, które potrafią tylko wtopić i aktualnie plasują się na ostatnim miejscu w tabeli.Trener Dariusz Pasieka może mieć ostry ból głowy, bo w najbliższym czasie, Cracovii nie czekają bynajmniej łatwe mecze w lidze.

Polonia Warszawa póki co piastuje 9. miejsce w lidze i zamyka stawkę druźyn, które można podejrzewać o pucharowe ambicje. Stawkę tę otwiera natomiast Śląsk Wrocław, liderujący w tabeli, który w niedzielę rozgromił Czarne Koszule aż 4:0. Wprawdzie przy takim wyniku jedna bramka mniej lub więcej nie robi szczególnej różnicy, ale Dariusz Pietrasiak czuł chyba ogromną satysfakcję, że ustalił wynik meczu strzelając gola drużynie, w której grał jeszcze w minionym sezonie i musiał się z nią pożegnać. Śląsk jak widac nie zwalnia, a jak na razie, nie zwalnia też Józef Wojciechowski - mimo trzech porażek w sezonie, JW Jacka Zielińskiego nie zwolnił. Wprawdzie zamiast tego, Zieliński bedzie musiał korzystać z usług doradców prezesa, ale kasa będzie się jeszcze przez jakiś czas zgadzać.

Hitem kolejki miał być mecz Legii Warszawa z Wisłą Kraków, ale ze względu na grę Wisły, trudno to spotkanie nazwać szlagierem. Biała Gwiazda jest albo mocno rozbita poprzednimi pucharowymi niepowodzeniami, albo mityczne "dwie równe jedenastki" Maaskanta, nie działają bez dwóch piłkarzy - Meliksona i Małeckiego. Gra Wisły po raz kolejny wygląda słabo, a i w tabeli nie wygląda to tak, jak chcieliby Wiślacy. Na razie mają tyle samo punktów co Legia (rozegrała jedno spotkanie mniej) i nie jest powiedziane, że w najbliższym czasie nie tylko przeskoczą Legię, ale i wskoczą na podium. Legioniści bowiem rozgrywają nawet dobre mecze (coś takiego jak Wisła w zeszłym sezonie - bez większego stylu, ale z indywidualnymi zrywami dającymi bramki). W niedzielę Legia pokonała Wisłę 2:0 i trener Maciej Skorża może być z siebie zadowolony, bo dając pstryczka w nos swojemu byłemu klubowi, pokazał że może odwrócić niekorzystny ostanio dla Legii bilans meczów tych dwu drużyn.

W ostatnim meczu kolejki, Korona Kielce pewnie pokonała Górnika Zabrze 2:0 i pozostała jedyną drużyną w Ekstraklasie bez przegranego meczu. To dla tego klubu duże osiągnięcie i obecna, druga w tabeli, pozycja sprawia, że piłkarze Leszka Ojrzyńskiego mogą z optymizmem patrzeć w przyszłość. Wiadomo, Korona kiedyś przegrać musi, ale wątpliwe by przemieniło się to w serię porażek, więc cel nr 1. - walka o utrzymanie, wydaje się być bliski realizacji. Teraz warto sobie postawić drugi - walkę o podium, na które Kielczan z pewnością stać. Gorzej prezentuje się sytuacja Górnika, który nie wygrał od czterech kolejek i teraz jest bliższy walce o utrzymanie, niż o cokolwiek więcej. W tabeli zajmuje 11. pozycję, mają tyle samo punktów co Lechia i Podbeskidzie, ale z taką grą, już za niedługo może się okazać, że wyprzedzi go nawet ŁKS. Piłkarze Górnika powinni wziąć się w garśc, bo zabrzański klub ma skład zdecydowanie na środek tabeli, niż na walkę o niepewne utrzymanie.

poniedziałek, 26 września 2011

Ósma kolejka Ekstraklasy już za nami i warto przypatrzyć się tabeli, zwłaszcza że wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Liderem jest obecnie Śląsk Wrocław, Wisła Kraków, do niedawna szósta, obecnie awansowała na trzecie miejsce, Lech spadł z drugiej na szósta pozycję, Korona jest dopiero wiceliderem, a Legia awansowała zaledwie o jedną pozycję - z dziewiątego na ósme miejsce. Tyle wydarzyło się w czasie jednej kolejki, a że tabela po raz kolejny jest mocno spłaszczona, to za tydzień też wiele może się zmienić.

Lechia Gdańsk w tym sezonie chyba niczym nas już nie zaskoczy. Drużyna, która zdołała pokonać na wyjeździe Wisłę Kraków, nie dała rady w tym sezonie najsłabszym druzynom takim jak ŁKS, Cracovia i - w ostatni piątek - Podbeskidzie. Lechia gra kaszanę i jesli tak dalej pójdzie, to derby Trójmiasta zaczną odbywać się w pierwszej lidze, na dwóch ładnych nowoczesnych stadionach, z których jeden będzie obiektem Arki Gdynia, a drugi - PGE Areną. Aż do ósmej kolejki Podbeskidzie musiało czekać na pierwszą u siebie wygraną w Ekstraklasie i trzeba było dopiero podopiecznych Tomasza Kafarskiego, by to się udało. Bielszczanie wygrali 1:0 co jest zasługa, po pierwsze, odpuszczeniu uciekającej piłki przez Deleu, po drugie trzeźwości Lirana Cohena, a po trzecie egzekucji strzału przez Piotra Malinowskiego. Do utrzymania klub z Bielska potrzebuje jeszcze około 21 punktów, co nie jest dla tej drużyny niemozliwe.

Nie wiem ile goli zdobędzie w tym sezonie Artjom Rudniew, ale jak dotąd z uznanych mu 12 trafień, tak na oko pięć było nieprawidłowych. Albo strzelił ze spalonego, albo piłka nie wpadła do siatki. W meczu ze Śląskiem Wrocław zaliczył kolejne takie trafienie. Szczęściem, że gol ten nie zaważył na wynikach spotkania (Lech przegrał na wyjeździe 1:3), jednak to wszystko zaczyna się robić takie... nieekskluzywne. Po tym spotkaniu Rudniew prowadzi w klasyfikacji strzelców, a Śląsk - w ligowej tabeli. Zobaczymy jak długo, jednak Wrocławianie, żeby móc poprawić wynik z zeszłego sezonu musieliby to pierwsze miejsce utrzymać do końca rozgrywek. Kolejorz ma na koncie już trzy porażki i tylko niemrawość naszej E-klasy sprawia, że ciągle liczy się w walce o tytuł - Arsenal w analogicznej sytuacji w Premiership te szanse już raczej pogrzebał.

W Cracovii wystarczyło zmienić trenera i nadeszły dwa przełamania. Pasy wygrały swój pierwszy mecz ligowy (przełamanie nr 1), a stało się tak dzięki bramce Andrzeja Niedzielana (przełamanie nr 2). Niedzielan ma wprawdzie fatalny bilans jak na napastnika, bo to dopiero jego pierwszy gol, ale jest nadzieja - gdyby bowiem nie strzelił w meczu z Górnikiem do bramki z odległości metra, to znaczyłoby, że zapomniał już, jak to się robi. Górnik Zabrze nie prezentuje się w tym sezonie najlepiej - ma na koncie zaledwie 9 punktów i zajmuje w tabeli odległe 10. miejsce. Będzie mu raczej trudno stać się taką sensacją jak sezon temu.

Przełamał się także Marek Saganowski, który zdobył pierwszego gola w tym sezonie. Zawsze to jakiś miły akcent, szkoda tylko że jego ŁKS przegrał 1:2 na wyjeździe w meczu z Zagłębiem Lubin. Ale właśnie - Zagłębie też się przełamało. Miedziowi wygrali właśnie pierwszy mecz w tym sezonie, co uratowało posadę trenera Jana Urbana. Zabrakło trzeciego przełamania - bramki Sernasa, ale za to pieknie z roli napastnika wywiązał się Arkadiusz Woźniak, który zdobył obydwa gole dla lubinian. Warto byłoby tego piłkarza obserwować, na wypadek gdyby miało się okazać, że właśnie ekspolduje jego talent - w meczu z ŁKSem zdobył bowiem tyle samo bramek, ile przez zeszły sezon w 20 spotkaniach. Teraz trzeba zadać sobie pytanie, czy to tylko jednorazowy wybryk, czy coś poważniejszego.

Nie przełamał się z kolei GKS Bełchatów. Rok temu o tej porze był trzeci i miał na koncie 15 punktów. Teraz - tak, tak - jest ostatni, najgorszy i najbardziej żenujący ze wszystkich drużyn. Wygrał, ale tylko raz, oprócz tego sześć razy przegrywał. Wszystko co dobre kiedyś się kończy i całkiem możliwe, że za rok, będzie grał w generalnie innej lidze. Tym razem nie dał rady u siebie Legii Warszawa. Biorąc pod uwagę, że Legię ograło nawet Podbeskidzie, Bełchatowianie mogą stać się symbolem ogórstwa w naszej lidze. Legia wygrała 2:0, choć męczyła się aż do 80. minuty, zaś bramki strzelili Jakub Wawrzyniak (nie, to nie żart) i Miroslav Radović. Widmo czwartej porażki w tym sezonie zostało oddalone, ale nie wiadomo na jak długo - za tydzień gra przecież z Wisłą.

Emocji, podobnie jak goli, nie brakowało w meczu Widzewa Łódź z Jagiellonią Białystok. Wygrał 4:2 Widzew, który od początku tego sezonu ani razu nie schodził z boiska pokonany. Tym razem Białostoczanie najpierw wyszli na prowadzenie, po czym stracili dwa gole i gdy już udało im się wyrównać, stracili kolejne dwa. Świadczyć to może o ich motywacji, ale też jakości. Bramkarz Jagi, Krzysztof Baran, w trzech ostatnich spotkaniach (wliczając w to także mecz w PP) wpuścił do siatki łącznie 11 goli i warto zadać sobie pytanie, czy nadaje się na Ekstraklasę. Podobno dobrze na testach wypadł Grzegorz Rasiak, który ma być wzmocnieniem ataku, więc może Czesław Michniewicz poszuka wśród piłkarskich oldbojów kogoś na bramkę? Nie wiem, może Jerzy Dudek byłby dobry? Michniewiczowi powrót do Łodzi się nie udał, choć pewnie chciał udowodnić, jak bardzo mylili się właściciele drużyny Widzewa zwalniając go. Tym razem nie wyszło. Trzy gole na koncie ma już Tomasz Kupisz i po "Franku" jest to najskuteczniejszy strzelec Jagi.

Wisła Kraków wygrała u siebie 3:2 z Ruchem Chorzów. Mecz był raczej chaotyczny i nie stał na wysokim poziomie, ale nie to jest najgorsze. Fatalną wiadomością dla Białej Gwiazdy są kontuzje podstawowych piłkarzy - Maora Meliksona i Patryka Małeckiego. Obaj moga pauzowac długie tygodnie, więc uciekną im ważne mecze i w lidze iw Lidze Europy. Tym cenniejsze, mimo tego osłabienia, są trzy punkty na własnym terenie. Oczywiście bramkę zdobył Dudu Biton, aktualnie wicelider klasyfikacji strzelców, ale są i niespodzianki - gola dla Wisły zdobył też Andraż Kirm oraz Junior Diaz. Dla Ruchu, tradycyjnie - Jankowski oraz, po raz drugi w karierze, Igor Lewczuk. Teraz przed Wisłą mecz z Fulham i nad nim musi się skupić najbardziej.

Ostatnim spotkaniem był bezbramkowy remis Polonii Warszawa z Koroną Kielce. Mecz się odbył i tylko tyle można o nim napisać. Korona nadal bez przegranej w lidze, zajmuje obecnie 2 miejsce w tabeli.

poniedziałek, 19 września 2011

Zakończyła się siódma, bardzo emocjonująca kolejka naszej Ekstraklasy. Trzeba przyznać, że tabela naszej ligi wygląda teraz bardzo ciekawie, zwłaszcza patrząc na układ - bo zagłębiając się w punktowe różnice, które są zwykłymi niuansami widać, że w najbliższym czasie wszystko może się zmienić.

Zaczęło się jednak nieciekawie, bo bezbramkowym remisem Widzewa z Zagłębiem Lubin. Widzew w razie wygranej miał szansę zostać na chwilę liderem tabeli, co się jednak nie udało. Jedynie zremisował, co wprawdzie pozostawia niedosyt, ale widać też pewne pozytywy w grze tej drużyny od początku sezonu - nadal nie przegrał żadnego ligowego spotkania, a także ma najszczelniejszą defensywę w Ekstraklasie - w siedmiu meczach stracił zaledwie trzy bramki. Powrót do Łodzi nie udał się byłemu zawodnikowi tej drużyny - Darvydas Sernas, obecnie piłkarz Zagłębia, nadal nie zdobył żadnej bramki. Jego forma może martwić, podobnie jak gra Zagłębia - lubinianie nie zdołali dotąd wygrać spotkania w lidze. Mówiło się o tym, że tylko wygrana może uratować trenera Miedziowych, Jana Urbana, przed utratą stanowiska, choć do tej pory nic się w Zagłębiu nie zmieniło.

O wiele więcej emocji przyniósł mecz Lecha Poznań z Jagiellonią Białystok. O grze Lecha można powiedzieć jedno - gra dobrze, gdy strzeli bramkę. Nie na odwrót - najpierw muszą trafić, by mogli się poczuć pewniej na boisku. Gdy już nabiorą tej pewności, stają się nie do zatrzymania, czego dowodem jest zdemolowanie drużyny Jagi aż 4:1. Hat-tricka tradycyjnie zaliczył Artjom Rudniew, czyli ma już na koncie tyle goli, ile strzelił przez cały poprzedni sezon. Wprawdzie ta liczba jest nieco zawyżona, bo parę z tych trafień nie powinno być uznanych, ale jednak co w statystykach, to się już nie podważy. Lech zaczął mecz bardzo dobrze, bo w 24. minucie Rudniew otworzył wynik spotkania i choć kilka minut później Dawid Plizga wyrównał, to cała druga połowa należała już do Lecha. 10 minut zajęło piłkarzom Kolejorza zdobycie kolejnych trzech bramek, a strzelił je nie tylko łotewski supersnajper, ale także bułgarski talent, Aleksandar Tonew. Szczególną uwagę warto zwrócić bramce nr 3 dla Lecha - zdobyta po strzale z pozycji spalonej, ale też po przedszkolnym błędzie bramkarza, Krzysztofa Barana. Baran najpierw obronił strzał Stilicia, po czym wywrócił się w bramce i ani myślał wstać. Odbitą piłkę wykorzystał Rudniew i Jagiellonia kompletnie przestała podejmować walkę.

Mecze sobotnie stały na solidnym, pierwszoligowym poziomie. Piłkarze Podbeskidzia Bielsko-Biała zaczęli bujać w chmurach po pokonaniu przed tygodniem Legii, jednak na ziemię sprowadzilł ich Ruch Chorzów. Niebiescy wygrali 1:0 po bramce Macieja Jankowskiego i przez moment byli nawet na trzecim miejscu w tabeli. Wprawdzie celem Ruchu, póki co jest utrzymanie, ale widać że zawodnicy tej drużyny są w dobrej dyspozycji i może pokuszą się o podobną niespodziankę, jaką sprawili dwa sezony temu? Gorzej wygląda sytuacja Podbeskidzia, jednak przed tym klubem jest teraz seria spotkań z teoretycznie łatwymi rywali, jest więc szansą, że zdołają znacząco poprawić swój bilans punktowy - zwłaszcza że powalczą z drużynami dzielącymi ten sam los - czyli walczącymi o utrzymanie.

ŁKS zagrał u siebie (czyli w Bełchatowie) z Górnikiem Zabrze i ciągle nie może przełamać złej passy w meczach u siebie. Z Górnikiem ledwie wyszarpał remis, po bardzo słabym spotkaniu - typowej kopaninie, charakterystycznej dla lig niższych od Ekstraklasy. Jednak w przypadku Łódzkiego Klubu Sportowego nie ma co narzekać - zdobycie punktu jest bardzo cenne, zwłaszcza że stoi on nad strefą spadkową. Bramkę dla Zabrzan zdobył Prejuce Nakoulma, czym zdołał już wyrównać swoje osiągnięcie strzeleckie z minionego sezonu. To podobna sytuacja jak z Sebastianem Szałachowskim - popularny Szałach, strzelając gola Górnikowi zaliczył drugie trafienie w tym sezonie, a więc ma już na koncie tyle ile nastrzelał się w zeszłym sezonei grając w barwach Legii.

Nadzwyczajnie spisuje się za to Korona Kielce. W tej chwili jest liderem tabeli z dwoma punktami przewagi nad drugim Lechem. Jak na drużynę mającą walczyć o utrzymanie, to wielkie osiągnięcie. W sobotę pokonała u siebie fatalnie spisującą się Lechię Gdańsk, dzięki bramce powracającego do Kielc Jacka Kiełba. Ironia losu - spotykają się dwa zespoły, z których jeden skazywany jest przez ekspertów na walkę o utrzymanie, a drugi - o puchary. W tej chwili sytuacja w tabeli jest odwrotna i trzeba zweryfikować, czy lepszym trenerem od Tomasza Kafarskiego nie jest czasem Leszek Ojrzyński. Bo czy Kafarski poradził poradziłby sobie tak dobrze w roli strażaka, który musi uchronić zespół przed spadkiem?

Niedziela to czarny dzień dla Cracovii. Tydzień temu przegrałą u siebie z ŁKSem, wczoraj ze Śląskiem. Po siedmiu kolejkach ma na koncie zaledwie dwa punkty, czyli o jeden mniej niż przed rokiem - to oznacza ni mniej, ni więcej, że to najgorszy początek sezonu dla tej drużyny od wielu lat. Różnica z sezonem poprzednim jest jednak na korzyść Cracovii - wówczas reszta drużyn odskoczyła na kilka punktów, teraz wygląda an to, że wyścig o utrzymanie będzie przypominał wyścig ślimaków, ewentualnie - much w smole. Dla Oresta Lenczyka był to mecz szczególny - zanim objął wrocławską drużynę, prowadził właśnie Pasy. Tymczasem Śląsk Wrocław wygrał 1:0 po bramce Waldemara Soboty i doszlusował już do czołówki - zajmuje trzecie miejsce w lidze, tuż za Lechem, z którym zagra za tydzień. We Wrocławiu wszystko wróciło już do normy - stan dwóch porażek pod rząd, pod wodzą tego szkoleniowca to anomalia.

Derby Warszawy dla Polonii. Pokonała ona swojego lokalnego rywala 2:1. Nad Legią poznęcałem się trochę wcześniej , teraz może dla odmiany pochwalę Polonię Warszawa. Jest za co - ambicja i zadziorność tej drużyny po raz kolejny potrafiły wyprowadzić ją z dołka. Przed tygodniem, w meczu z Jagiellonią nie udało się zdobyć ani punktu, pomimo przebudzenia Czarnych Koszul, teraz za to udało się zdobyć trzy. Dużą rolę w przebudzeniu odegrał młody pomocnik, Paweł Wszołek - gdy tylko wszedł na boisko, miał udział w obu bramkach. Jest to pewnego rodzaju ironia losu, że walcząc przeciwko Legii, która szczyci się wprowadzaniem do gry młodych zawodników, gra na boisku piłkarz Polonii, o którym mówi i pisze się mało, a to jednak on daje drużynie więcej, niż całą reszta przereklamowanych młodzieżowców z Legii. Trener Jacek Zieliński może odetchnąć - nie straci pracy tak szybko, a Józef Wojciechowski nie wycofa się ze sponsorowania klubu. Przeciwko swojej dawnej drużynie zagrał Michał Żewłakow i chyba specjalnie zostawił jej "prezenty" - zawalenie goli dla Polonii to w dużej mierze jego wina.

W ostatnim meczu 7. kolejki, Wisła Kraków podejmowała GKS Bełchatów i wygrała 2:0. Pokonanie Bełchatowa jest w naszej lidze czymś tak oczywistym, jak kupienie obwarzanka będąc w Krakowie. Wisła przesunęła się zatem w górę ligowej tabeli. Dotychczas Biała Gwiazda zdobyła sześć bramek w tym sezonie i wszystkie z nich są autorstwa Dudu Bitona - mając takiego snajpera wprawdzie gra się super, gorzej jeśli ma się świadomośc, że prędzej czy później ten snajper się posypie lub wróci z wypożyczenia. Wtedy nie zostanie nikt, kto umie strzelać bramki. Kto wie - gdyby Biton zagrał w meczu z APOELem, to może dziś Wisła grałaby w Lidze Mistrzów? Na razie ma jednak problemy z tym, żeby poradzić sobie w Lidze Europejskiej i cieszyć się może z tego, że przynajmniej w Ekstraklasie jest w stanie dokopać ogórkom.

poniedziałek, 12 września 2011

Mamy w naszej lidze powtórkę z rozrywki. Tak jak przed rokiem, tabela jest mocno spłaszczona - o czym najdobitniej świadczy fakt, że gdyby Górnik Zabrze wygrał dzisiaj, to znalazłby się na trzecim miejscu w tabeli, a że zanotował porażkę, to jest dopiero jedenasty. Znów faworyci przegrywają, a z wielkiej trójki to w zasadzie jedynie Lech zajmuje jakąś wysoką pozycję. No i znów szczyt tabeli należy do Korony i Jagiellonii.

Kolejka rozpoczęła się mocnym depnięciem Ruchu Chorzów - Niebiescy wygrali już drugi raz z rzedu, co daje im siódme miejsce w tabeli. Bardzo ważne punkty, bo piłkarska rzeczywistośc jest niestety taka, że Chorzowianie grają w pierwszej kolejności o utrzymanie, a dopiero potem o coś więcej. Za tydzień na rozpisce mecz z Podbeskidziem i trzeba będzie uciułać kolejne punkty, przed grą z silniejszymi rywalami. Pierwsze trafienie w tym sezonie zanotował Maciej Jankowski, gola strzelił również Arkadiusz Piech, a pamiętajmy, że Ruch ma w szeregach również Pawła Abbotta - drużyna Niebieskich ma w lidze całkiem solidną ofensywę. Gorzej z ich przeciwnikami - Zagłębie Lubin, po przegranej 1:2 jest tuż nad przepaścią i teraz wyprzedził je nawet ŁKS. Podobno trener Jan Urban jest już jedną nogą poza klubem, bo w pięciu spotkaniach nie udało mu się zwyciężyć ani razu. Biorąc pod uwagę, że rywalami byli dotychczas piłkarze z Bielska i Cracovii, to duża sztuka. W Lubinie ewidentnie coś nie trybi i pytanie, czy to aby na pewno wina trenera, czy raczej transferowej taktyki "na Wojciechowskiego" - skupowaniu wyróżniających się piłkarzy w lidze, którzy okazują się jednosezonowcami.

Hitem kolejki był mecz pomiędzy Lechem Poznań a Wisłą Kraków. Kolejorz przegrał u siebie 0:1 z niżej notowanym rywalem, a jedynego gola zdobył Dudu Biton. Po kilku kolejkach tego sezonu, Lech uznawany był za polską Barcelonę - długo trzymał piłkę, wymieniał podania, dominował rywala i efektownie wygrywał. O ile się jednak nie mylę, to Barca uznawana jest za jedną z najlepszych druzyn świata - o ile nie najlepszą, a więc nie klękającą przed rywalami. Tymczasem z piłkarzy Lecha zeszło powietrze już po 15 minutach, Rudniew się zaciął, a drużynę, która powróciła na Bułgarską uratował Krzysztof Kotorowski, chroniąc przed wysoką porażką. Jeśli tak wyglądają faworyci w naszej lidze, to nieciekawie to wygląda, bo nawet jeśli Wisła była o klasę lepsza, to w przekroju całego sezonu nie prezentuje na poziomie europejskim. A przecież już w czwartek mecz z Odense...

Niezłą serię notuje Widzew Łódź - jak dotąd nie przegrał ligowego spotkania. Wprawdzie łodzianie głównie remisują, ale pozwala im to na zajęcie szóstego miejsca w tabeli z dorobkiem 10 punktów. Zobaczymy jak długo pociągną tę serię, bowiem póki co szykują im się rywale absolutnie w zasięgu, ale nie jest powiedziane, że przejdą ich bez problemów, bo jednak gra Widzewa do końca nie przekonuje. Tym razem zremisowali oni 0:0 w derbach województwa łódzkiego z Bełchatowem i są to pierwsze punkty bełchatowian od dwana - bo od drugiej kolejki. Czyzby wystarczyło zmienić w GKSie Janasa, czy po prostu rywal nie był zbyt mocny?

Seria meczów bez porażki Widzewa, to jednak nic przy serii Korony Kielce - aktualnie kielczanie zajmują pierwsze miejsce w tabeli. Też jak dotąd nie przegrali żadnego meczu, jednak częściej wygrywają - tak jak na przykład w sobotę pokonali Śląsk Wrocław. Trener Korony, Leszek Ojrzyński, studzi jednak nastroje, mówiąc że celem Korony jest póki co utrzymanie, co jest całkiem rozsądnym stanowiskiem. Przed rokiem Kielczanie też zajmowali wysokie miejsce w tabeli, a skończyło żenującym dostarczaniem punktów przez kilkanaście ostatnich kolejek. Bardziej intrygować może słaba dyspozycja podopiecznych trenera Oresta Lenczyka - jeszcze nie zdarzyło się, by Śląsk pod jego wodzą przegrał dwa spotkania z rzędu. Być może w głowach chłopaków z Wrocławia siedzi jeszcze przegrana z Rapidem Bukareszt, bo to od tego czasu Śląsk nie może się podnieść i nie pomaga tu nawet czwarty gol Johana Voskampa. 

Sensacją na miarę Ekstraklasy była porażka Legii Warszawa na własnym stadionie z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Legia przegrała 1:2, przy czym dwie bramki straciła już w pierwszej połowie. Różnie to można wyjaśniać - albo zasłoną dymną przed meczem z PSV, albo wysokim kursem u bukmacherów, albo tym, że Legia nie jest wcale tak silna, jak wskazywałby na to początek sezonu. Ale w przypadku drużyny z Łazienkowskiej, widzimy kolejne podobieństwo do minionego sezonu: drużyna albo wygrywa, albo przegrywa, w ogóle nie remisując. Jednak biorąc pod uwagę wiele czynników, z Podbeskidziem przegrać nie miała prawa. Dla Bielszczan to historyczny mecz - pierwsza w historii wygrana w Ekstraklasie. I to z kim - jedną z najlepszych drużyn tej ligi w przekroju istnienia rozgrywek. Podbeskidzie awansowało na 12 miejsce w tabeli, ale do utrzymania daleka jeszcze droga.

Jeszcze dalszą drogę do utrzymania ma Cracovia. W niedzielę nie potrafiła pokonać ŁKSu, mało tego - potrafiła z nim przegrać. Słusznie spadła więc na ostatnią pozycję. Mecz ten był meczem z podtekstem - za takie potraktowanie Łódzkiego Klubu Sportowego przez Cracovię w 2009 roku, łodzianie się słodko zemścili. Jedynego gola zdobył nowy nabytek tego klubu - Antoni Łukasiewicz. Chciałoby się powiedzieć, że widać w grze drużyny progres, ale chyba wynika on z tego, że gorzej niż na początku sezonu ŁKS zagrać nie mógł. Duży wpływ na wynik miał nowy trener łódzkiej drużyny - Michał Probierz, który przez ten tydzień pracy mógł poprawić jedynie taktykę - kondycyjnie wyglądało to fatalnie, bo już pod koniec meczu piłkarze nieomal padali na murawę ze zmęczenia. Najlepiej było widać to w ostatnim zagraniu Saganowskiego, który nie miał siły oddać strzału, mimo że wychodził na czystą pozycję.

Najciekawszym spotkaniem kolejki był mecz dwóch drużyn z ambicjami - Jagiellonii Białystok z Polonią Warszawa. Z początku to wyglądało tak, że tylko Jaga miała ambicje, dzięki czemu wyszła na dwubramkowe prowadzenie, potem jednak mecz zakończył się wynikiem 3:2 dla Białostoczan. Polonia przegrała więc już drugi mecz w sezonie i choć miejsce w tabeli ma niezłe - piąte, to jednak w tym klubie robi się nerwowo. Taka specyfika, podobne sytuacje zawsze mają miejsce gdy Czarne Koszule przegrają mecz. Na plus dla tego zespołu przemawia tylko fakt, że Robert Jeż w końcu strzelił gola - po sześciu kolejkach wreszcie mu się udało. Bramkę strzelił także niezawodny Tomasz Frankowski i tylko dwóch goli brakuje mu do wyprzedzenia Włodzimierza Lubańskiego w Klubie 100. Do tego, niecodzinnej kontuzji nabawił się następca Grzegorza Sandomierskiego w bramce - młody Jakub Słowik, który próbując wykopać piłkę niefortunnie zarył butem w murawę i naderwał w ten sposób mięsień czworogłowy. Tak to już jest z polskimi piłkarzami - sami sobie są w stanie zrobić krzywdę.

Wisienką na torcie był mecz Lechii Gdańsk z Górnikiem Zabrze. Lechia pierwszy raz wygrała w tym sezonie u siebie. Dotąd PGE Arena nie była bowiem szczęsliwym stadionem dla jej gospodarza - nie udało się na nim wygrac nawet z najsłabszymi drużynami w lidze. Teraz było blisko kolejnego pecha - wynik otworzył Daniel Gołębiewski i do przerwy Zabrzanie wygrywali na wyjeździe. Później jednak Lechia zdołała wyrównać, a wygraną dał jej sędzia - dyktując karnego, w kontrowersyjnej sytuacji. Dzięki temu Gdańszczanie zwyciężyli 2:1, a niepewna posada (bo ona cały czas jest niepewna!!!) Tomasza Kafarskiego, przynajmniej na chwilę zostałą uratowana. Szkoda tylko Górnika, bo gdyby wygrał mógłby być 3. w tabeli.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6