Z pierwszej piłki
poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Od paru dni, jednym z ciekawszych tematów poruszanych w Polsce odnośnie piłki nożnej, jest ewentualne powołanie dla polsko-szwedzkiego defensywnego pomocnika, Ivo Pękalskiego. O tym, że istnieje ktoś taki jak Pękalski, mógł się dowiedzieć już przed rokiem każdy zainteresowany futbolem - wystarczyło wpisać w google hasło "polscy piłkarze występujący za granicą w sezonie 2010/11" żeby znaleźć piękną listę na wikipedii.

O Pękalskim jednak w naszym kraju było cicho, dopóki "Przegląd Sportowy" nie zainteresował się (nieco ponad tydzień temu) tym zawodnikiem i nie przeprowadził z nim wywiadu, w którym zawodnik - uznawany za jeden z największych talentów w Szwecji - przyznał, że byłoby dla niego zaszczytem grać dla polskiej kadry. Pewnie gdyby nie to, osoby odpowiedzialne za piłkę w naszym kraju do dziś żyłyby w błogiej nieświadomości, że ktoś taki w ogóle istnieje.

Nie wiem, jak bardzo zacofanym piłkarsko trzeba być krajem, żeby potencjalnych kadrowiczów musieli szukać dziennikarze. Wprawdzie nie mam pojęcia, jak wygląda to w PZPNie, ale dla mnie naturalnym jest, że w związku powinna mieć miejsce baza danych, w której zbiera się informacje o takich właśnie zawodnikach. Tymczasem mam wrażenie, że osoby odpowiedzialne w tym kraju za reprezentację, często nie mają świadomości nie tylko na temat tego, jacy zawodnicy z polskimi korzeniami grają na europejskich boiskach, ale też tego, jacy w ogóle polscy piłkarze grają za granicą - oczywiście poza tymi najbardziej znanymi. Taka baza pewnie istnieje, jednak chyba nikt nie robi z niej użytku.

Sprawa Pękalskiego ciągle jest otwarta, ale doskonale pokazuje fuszerkę jaka towarzyszy takim sprawom. Na chłopaka wprawdzie ktoś z Polski parę lat temu zwrócił uwagę, ale dostał powołanie nie na mecz młodzieżowej reprezentacji naszego kraju, tylko jakiś obóz szkoleniowy. Szwedzi w tym samym czasie byli bardziej konkretni, toteż obecnie Ivo jest młodzieżowym reprezentantem Szwecji. Cały czas może grać dla Polski, tylko trzeba się nim w końcu zainteresować, co dla naszego poczciwego betonu jest niezwykle trudne. Franciszek Smuda udaje, że słyszał o tym zawodniku, choć pierwszy raz wspomniał o nim w rozmowie z dziennikarzem PS tydzień po publikacji tej gazety na temat Pękalskiego. Powołania mu oczywiście nie wysłał, z zawodnikiem się także nie spotkał, więc można obecnie czekać, aż drogę do zmiany kadry zamkną mu Szwedzi - a po świetniej rekomendacji Zlatana Ibrahimovicia jest ku temu krótka droga.

Taka partyzantka nie jest, niestety, odosobnionym przypadkiem. Wielu ma za złe Eugenowi Polanskiemu to, że nie traktował poważnie możliwości gry dla Polski jeszcze jakiś czas temu - tylko jak miał poważnie traktować nasz kraj, skoro sam był świadkiem totalnej amatorki? Sam przyznał w jednym z wywiadów, że w 2006 roku, owszem ktoś złożył mu propozycję gry w Biało-Czerwonych barwach... w czasie gdy jego drużyna przechodziła z szatni stadionu do klubowego autokaru. No, w taki sposób to można prosić o autograf, a nie o podjęcie poważnej decyzji. Szkoda, że nikt go nie zaczepił w drodze do kibla i nie zadał pytania: "Eugen, chcesz grać dla Polski?"

Równie kuriozalne było przekonywanie do gry w naszych barwach 18-letniego talentu z Francji - zdolnego, lewego obrońcy AS Monaco, Layvina Kurzawy. Na początku tego roku, któryś z działaczy PZPN, odpowiedzialny za skauting, zaproponował mu grę dla Polski za pomocą... wiadomości na Facebooku. Młody zawodnik, czemu dziwić się nie można, takie postawienie sprawy wyśmiał - tak samo, jak związek lekceważąco potraktował jego.

Najciekawsza jest chyba sprawa Maora Meliksona. Skauci naszej reprezentacji szukają piłkarzy z polskimi korzeniami w trzeciej lub czwartej lidze niemieckiej, których przydatność do gry na poziomie międzynarodowym jest - powiedzmy to sobie szczerze - znikoma, zaś przegapili znakomitego piłkarza, grającego w poważnej ligowej piłce. O tym, że taki zawodnik istnieje, ba - ma w dodatku polskie korzenie, piłkarska Polska uświadomiła sobie dopiero, gdy został on w styczniu ściągnięty do Wisły. Gdy zaczął grać lepiej, zaraz pojawiły się głosy, żeby Maor zagrał w kadrze, choć nikt nie zapytał, jak to jest możliwe, żeby skauci PZPNu nie odkryli przez kilka lat piłkarza, którego w kilka tygodni pozyskał Stan Valckx.

Sytuacja Pękalskiego pokazuje, że nadal niczego się nie nauczyliśmy. To rażące niedopatrzenie jest tym bardziej karygodne, że Ivo jest etatowym zawodnikiem i gra regularnie w pierwszym składzie swojej drużyny - nie jest to więc rezerwowy, młodziezowy piłkarz, który może kiedyś będzie dobrym zawodnikiem, a może nie i można w tej sprawie wróżyć z fusów. Tak samo zresztą jak Melikson czy Chris Wondolowski, którzy w lidze grali w najlepsze, a w Polsce nikt o nich nie słyszał. Dla naszych działączy ważniejszy jest kolejny raut, nawet nad wodospadem Niagara, niż poważne podejście do swoich obowiązków.

11:49, wankuwer
Link Komentarze (1) »
środa, 17 sierpnia 2011

Wisła Kraków ma do zrobienia teraz tylko jeden krok. Po wygraniu u siebie 1:0 z APOELem Nikozja pozostaje jej tylko korzystnie zaprezentować się na wyjeździe. Ja już nie wymagam wiele - niech to będzie remis, nawet bezbramkowy, ale niech wynik zapewni Wisle awans.

Piłkarze z Reymonta nie mają wyjścia - muszą awansować. Muszą. Muszą wreszcie wejść do tej pieprzonej fazy grupowej Ligi Mistrzów, jako pierwsza polska drużyna od 16 lat. Bo odpaśc w takim miejscu w jakim znaleźli się teraz będzie zwykłym frajerstwem.

Dziś Wisła zagrała poprawne spotkanie, ale naprawdę piękny był gol Patryka Małeckiego po asyście Nuneza. Gol nie tylko piekny, ale też cenny - oby na miarę awansu. Największym nieporozumieniem w tym sezonie jest Genkow i jeśli Robert Maaskant nie chce grać w 10, powinien wystawiać będącego w gazie Bitona. Wisłę teraz czekać będzie niezwykle trudny mecz na Cyprze, w warunkach klimatycznych znacznie gorszych niż w Polsce, co więcej -w jaskini lwa. Oby więc jednobramkowa zaliczka okazała się wystarczająca.

Sześc dni musimy jeszcze poczekać, by dowiedzieć się, czy w końcu polska drużyna dostanie się do futbolowego raju. I oby tym razem się udało - bo jak nie teraz, to już chyba nigdy. APOEL nie odpuści. Samo to stwierdzenie jest banałem, jednak pamiętać musimy że cyprysjkie drużyny są jednak lepsze od naszych i zlekceważenie piłakrzy z Nikozji odbić nam się może potężną czkawką. Wisła musi awansować, ale ze świadomością tego, że nie walczy z ogórkami.

PS. Na trybunach obecny był selekcjoner, Franciszek Smuda. Jeśli po tym meczu Patryk Małecki nie dostanie powołania do kadry, to moźna się będzie zastanowić nad stanem psychicznym Franka S.

23:10, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 sierpnia 2011

Przemysław Tytoń zanotował właśnie spory sportowy awans - podpisał kontrakt z PSV Eindhoven, czyli ścisłą czołówką holenderskiej Eredivisie. Ten niedoceniany w Polsce bramkarz, ma więc szansę udowodnić, że powołania do kadry dla niego nie są tylko fanaberią selekcjonera, tylko zasłuzył na nie ciężką pracą.

Problem z Tytoniem jest taki, że w naszej lidze grał dawno temu, ale gwiazdą nigdy nie był. Mając dwadzieścia lat i notując zaledwie parę występów w Ekstraklasie (Górnik Łęczna), wyjechał do Holandii i początkowo był tylko rezerwowym w Rodzie Kerkrade, zresztą później doszła do tego kontuzja. Było tak aż do wiosny sezonu 2009/10, gdy wskoczył do bramki Rody i... okazał się świetnym bramkarzem. Od tej  pory stał się podstawowym zawodnikiem, a dodatkowo uznano go za jednego z najlepszych bramkarzy w lidze holenderskiej (w zeszłym sezonie ustępował tylko Martenowi Stekelenburgowi).

Czy ta historia czegoś nie przypomina? Kiedyś - w wieku 23 lat - z Sokoła Tychy do Feyenoordu wyjeżdżał Jerzy Dudek. Przez parę lat w naszym kraju też go nie doceniano - piłkarska polska, włącznie z selekcjonerem Januszem Wójcikiem zapatrzona była w Bundesligę i Adama Matyska, a Dudek na poważne odegranie znaczącej roli w reprezentacji musiał czekać do czasów Jerzego Engela. Obecnie, mówiąc o bramkarzach na Euro wymienia się Szczęsnego, Fabiańskiego, może jeszcze Kuszczaka bądź Sandomierskiego, tymczasem na Tytonia większość patrzy bez przekonania i z przymrużeniem oka. A przecież jeszcze niedawno to Tytoń był jedynym polskim bramkarzem grającym regularnie w silnej lidze - gdy Boruc był tylko rezerwowym Fiorentiny, Szczęsny, Kuszczak i Fabiański grzali ławę, a Sandomierski grał tylko w naszej marnej Ekstraklasie.

Niestety - gwiazdą w Polsce nigdy nie był, bo nie przechodził w blasku flaszy za trzy miliony euro z Legii, ani jego ojciec nie był sławnym bramkarzem, więc dziś nawet "znawca", Jan Tomaszewski, pyta "kto to jest, kurwa, Tytoń?".

Życzę powodzenia Przemkowi w nowym klubie. To naprawdę duża szansa na sukcesy i potwierdzenie swoich umiejętności. A już za dwa-trzy lata, może - kto wie - będzie piłkarzem czołowego klubu Premiership?

***

Pisząc o transferach polskich bramkarzy, nie sposób nie wspomnieć o wyjeździe Grzegorza Sandomierskiego do belgijskiego KRC Genk. Dla niego to krok naprzód i bardzo dobrze się stało, że zagra właśnie w Genku - transfer do Celtiku, czyli klubu przeciętnej szkockiej ligi nie byłby takim awansem sportowym. To w Belgii będzie miał szansę i w Lidze Mistrzów, i walczyć przeciwko Anderlechtowi, Club Brugge czy Standardowi Liege, a nie męczyć się z drużynami pokroju Dundee.

14:54, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 sierpnia 2011

To dopiero początek sezonu, ledwie trzecia kolejka, a już widać, że ciekawa będzie walka o tytuł króla strzelców. Na emocje związane z walką o mistrzostwo bądź puchary jeszcze przyjdzie pora, ale rumieńców nabrała już strzelecka kanonada.

Wśród wartościowych - ale tych naprawdę wartościowych - napastników w naszej lidze możemy wyróżnić dwa typy. Pierwszy to taki, który w każdym kolejnym meczu strzela gola. Tomasz Frankowski - aktualnie najskuteczniejszy strzelec, bo w każdym zdobył dotąd przynajmniej jednego gola. Za nim Bruno, Michał Zieliński i Dudu Biton, którzy mogą się pochwalić podobnym osiągnięciem - to jeden typ. Strzelą jednego-dwa gole w każdym meczu, czekamy więc jak długo ta ich seria będzie trwać. Drugi typ - to na razie tylko Artjom Rudnev, który zalicza efektowne hat-tricki - niestety, nie w każdym meczu. Niemniej jednak jest to wynik imponujący, bo po trzech kolejkach ma już na koncie sześć goli, czyli połowę z tego, co zdobył w zeszłym sezonie - i tyle, ile strzelali u nas co lepsi snajperzy.

Po trzech kolejkach liderem tabeli nadal jest Lech Poznań. Nie jest to wprawdzie lider samodzielny, ale też wywiązuje się nieźle ze swojego zadania - dotąd nie przegrał jeszcze meczu, a przecież gra tylko spotkania wyjazdowe. Co więcej, ma najlepszy bilans bramkowy - strzelił 9 goli (najwięcej w lidze) tracąc tylko jednego (najmniej w lidze, ex aequo ze Śląskiem i Polonią). Najwidoczniej ulubionym stadionem tego klubu pozostaje bełchatowska arena GKSu, gdzie po raz kolejny udowodnił swoją wyższośc nad rywalem. W pierwszej kolejce rozgromił "przyszywanego" gospodarza, ŁKS, dziś wygrał aż 3:0 z GKSem. Hat-tricka zanotował znakomity Rudnev przy wydatnej pomocy Semira Stilicia. Być może mamy własnie do czynienia z lepszą wersją duetu Lewandowski - Peszko i - kto wie - może się okazać, że znacznie droższą.

Na przeciwnym biegunie jest za to Łódzki Klub Sportowy, który nie dośc, że ostatni to jeszcze notuje fatalny bilans: 9 goli straconych i 0 strzelonych. Z każdą kolejną kolejką tych straconych goli jest wprawdzie mniej, ale to nie o to w tym sporcie chodzi. Tym razem baty zebrał od Polonii Warszawa, gdzie bramkę strzelił świetny w tym sezonie Bruno, a samobója zanotował Marcin Adamski. Trzy punkty zostały wprawdzie przy Konwiktorskiej, ale jednak jeśli ta drużyna chce liczyć się w walce o podium bądź mistrzostwo, nie może liczyć tylko na jednego zawodnika, zwłaszcza że z kim, jak nie z ŁKSem mają strzelać gole jej napastnicy?

Trzeci z grona zespołów na podium to Śląsk Wrocław, który dzięki strzałowi Cristiana Diaza wyszarpał wygraną w meczu z Ruchem Chorzów. Śląsk w tym sezonie może pochwalić się dwójką dobrych i uzupełniających się snajperów: Diazem i Voskampem, bo na razie to oni ciułają najwięcej punktów. Ekstraklasa to jednak jeden rozdział, a drugim jest walka o Ligę Europy - jeśli ta dwójka wprowadzi Śląsk do fazy grupowej, to zostanie zapamiętana w Śląsku na długo. Pytanie, na co stać Wrocławian w lidze? W zeszłym roku wywalczyli wicemistrzostwo, startując z wyjątkowo niskiego pułapu. Teraz, z Orestem Lenczykiem na trenerskiej ławie już od początku sezonu nadal są głównym faworytem do wicemistrzostwa i chyba więcej ponad to nie osiągną.

Osiągnąć mistrzostwo chce natomiast Wisła Kraków i miejmy nadzieję, że jej mecze w tym sezonie to tylko zasłona dymna przed Ligą Mistrzów. Jeśli bowiem Białą Gwiazda będzie się chciałą zaprezentować podobnie jak w lidze, to lepiej omijać APOEL z daleka. Wprawdzie wygrała z Zagłębiem Lubin 1:0 po bramce Bitona z rzutu karnego, jednak nie gra an tyle przekonywująco, by można było ze spokojem patrzeć na jej pucharową rywalizację - a przecież wszyscy chcielibysmy oglądać jej mecze w LM. W tym sezonie największym antybohaterem Wisły zostaje bohater minionego sezonu - Andraż Kirm. Tydzień temu z Polonią zmarnował 100% sytuację, teraz nie wykorzystał karnego. Co ciekawe nie przekonuje też Zagłębie Lubin, które stworzyło całkiem fajną paczkę piłkarzy, a dotąd w lidze jeszcze nie wygrało.

Ostatni z pucharowiczów, Legia Warszawa zaczęła sezon nieźle, wręcz świetnie - dwa zwycięstwa w dwóch meczach. W piątek zabawiła się z Górnikiem Zabrze, a swoje pierwsze trafienia zaliczył Danijel Ljuboja. Dopóki tego faceta będą omijać kontuzje (czyt.: nie trafi pod skalpel "lekarzy" z Legii), lub nikt nie wyciągnie go na imprezy, to będzie dla tego zespołu dużym wzmocnieniem. To może być świetne uzupełnienie dla podpory ofensywy Legii (swoją drogą łatwo być w Legii podporą ofensywy, gdy drużyna nawet z III ligowcem gra dwoma defensywnymi pomocnikami), jaką jest Mirosław Radović, zaś na trzeciego ofensywnego zawodnika wyrasta Michał Żyro. Radović już w zeszłym sezonie ciągnął Legię do wygranych, teraz staje się kimś pokroju Meliksona w Wiśle.

Nie da się jednak streścić 3. kolejki Ekstraklasy bez meczu Korony Kielce z Jagiellonią Białystok. Mecz nie stał na wysokim poziomie, umówmy się - od takiej drużyny jak Jagiellonia, z takim trenerem jak Michniewicz i przeciwko takiej drużynie jak Korona wymaga się znacznie więcej. Białostoczanie jednak tylko zremisowali 1:1, ale wspomnieć trzeba o kolejnym wspaniałym trafieniu Tomasza Frankowskiego. Franek urwał się obrońcom Korony w 90.minucie (która ze względu na złamanie nosa bramkarza Małkowskiego nie była ścisłą końcówką spotkania) i strzelił bramkę, jak to się mówi - z niczego. Po prostu strzelił. Mimo tych 36 lat na karku jest to zawodnik, który nadal ma w sobie grację dwudziestolatka i skuteczność, której pozazdrościć mu mogą uważani za najlepszych.

Po raz pierwszy w tym sezonie padł wynik 0:0 i to chyba jedyne, co warto napisać o spotkaniu Widzewa Łódź z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Bielszczanie mogą być zadowoleni z siebie, bo po pogromie jaki mieli przed tygodniem, nie utracić żadnej bramki to sztuka. Pytanie czego w Ekstraklasie szuka Widzew, który nie potrafi pokonać nawet Podbeskidzia, a od samego początku ligi notuje same remisy.

Mecz Lechii Gdańsk z Cracovią przejśc moze do historii dzięki otwarciu PGE Areny w Gdańsku. Lechia rozpoczęła jak na gospodarza przystało - objęciem prowadzenia, dzięki bramce Freda Bensona, pierwszej tego snajpera w tym sezonie. Potem jednak piłkarze Pasów wyrównali, a gdyby Andrzej Niedzielan był skuteczny tak, jak przed rokiem, to mogłoby sie nawet skończyć pogromem. Niedzielan ma chyba pecha do krakowskich drużyn - obecnie w Cracovii to raczej niewypał. Jest jednak rzecz, która Cracovię z Lechią łączy: dotąd jeszcze nie wygrały żadnego spotkania w lidze i mają na koncie tylko po jednym punkcie.

sobota, 13 sierpnia 2011

W betonowym kręgu wzajemnej adoracji bez zmian. Działacze PZPN, po raz kolejny, dają znak, że umiejętność myślenia jest im obca tak jak tajskiej dziwce prezerwatywa. Najbardziej twarzowy przedstawiciel tej organizacji, Zdzisław Kręcina do dzisiaj nie wie, jak w czwartek udało mu się dostać z Wrocławia do Warszawy, po świętowaniu prestiżowego zwycięstwa Polski z Gruzją, więc żeby odwrócić uwagę od ekscesów lotniczych chrapiącego Zdziśka, buraczany beton PZPNu chce przekonywać, że to nie skostniali działacze są największym problemem polskiego futbolu, a - po raz kolejny - ilość obcokrajowców w lidze.

Głos w tej sprawie zabiera Jerzy Engel, żeby było śmiesznie (choć jest to jednocześnie i śmieszne, i straszne, i żałosne) dyrektor Departamentu Szkolenia. Engel twierdzi bowiem, że powinniśmy się wzorować na Czechach i Słowacji, gdzie obowiązuje limit obcokrajowców, a taki limit jest potrzebny, by móc z ligi czerpać garściami piłkarzy do reprezentacji.

Oczywiście nikt nie jest w stanie odpowiedzieć, czemu mielibyśmy się wzorować na ligach, które uważamy za słabsze od naszych, ale pobzdurzyć i poteoretyzować można. Gdyby jednak Engel zadał sobie ten nieznaczny trud sprawdzenia, jak wygląda reprezentacja Czech lub Słowacji, to nie pieprzyłby głupot o czerpaniu garściami z ligi. Na ostatni sparing Czech z Norwegią powołanie dostała cała czwórka zawodników z czeskiej ligi, z czego wszyscy rozpoczęli ten mecz na ławce. Podobnie zresztą ma się sprawa z reprezentacją Słowacji - selekcjoner powołał 5 zawodników grających w Słowacji, z których grał jeden, dwóch było rezerwowych, a reszta nie zmieściła się nawet w meczowej osiemnastce. Zresztą, to chyba nie przypadek, że gdy piłkarz z Czech lub Słowacji ma możliwość wyjazdu, to natychmiast z niej korzysta - skutkiem czego wolą grać nawet w Polonii Bytom, niż w swoim kraju.

Na tym jednak nie koniec wywodów Jurka, wedle którego "Da się stworzyć zespół z Polaków, który włączy się do walki o mistrzostwo, tylko naszych klubów na nich nie stać. Czy drużyna z Lewandowskim, Sobiechem i Mierzejewskim byłaby gorsza od Wisły?" 

Nieśmiało przypomnę, że w zeszłym sezonie mieliśmy w lidze drużynę z Mierzejewskim i Sobiechem, która była gorsza nie tylko od Wisły, ale nawet od Górnika Zabrze i zajęła dopiero siódme miejsce. Jednak to nawet nie tyle o to chodzi - wygodnie jest ułożyć sobie jedenastkę z najlepszych polskich piłkarzy, problem się jednak zaczyna, gdy chcielibyśmy sobie ułożyć taką drugą. Drużyna z Lewandowskim, Mierzejewskim i Sobiechem wygląda nawet korzystnie, ale już jedenastka z Janczykiem, Surmą i Celebanem znacznie gorzej.

Niestety, nasi związkowi działacze wolą iść na maksymalną łatwiznę. W naszym kraju wszystko musi zaczynać się od dupy strony. Gdy pojawiają się pomysły (jedne lepsze, inne gorsze) na poprawę jakości naszej ligi, to rzuca się hasła: "mniej obcokrajowców!", "więcej drużyn w ekstraklasie!", "zmiana terminarza!" - i już myslimy, że dzięki takim zabiegom będzie u nas lepiej, że nasza piłka się podniesie, że zaraz będzie tu Premier League.

Nie, nie będzie. Nie przeskoczymy jednej, zajebiście podstawowej rzeczy - bez zmiany systemu szkolenia na taki, jaki obowiązuje w Niemczech, Francji, Holandii, Hiszpanii, nasza liga nadal będzie dnem dna i trzeba to w końcu zrozumieć. No ale jednak związkowi działacze wolą iść na łatwiznę - łatwiej wprowadzić dekret o ograniczeniu ilości obcokrajowców, bo to da się zrobić w chwilę. Na poprawę jakości szkolenia trzeba i czasu i pieniędzy - a przecież tę kasę lepiej wydać na kolejny bankiet czy karkóweczkę dla Kręciny, niż na szkolenie młodych.

"Polska The Times", drukująca złote myśli Engela, przytacza też archiwalną wypowiedź Antoniego Piechniczka:

Z każdym prawem można troszeczkę walczyć. Czy prawo europejskie może mieć wpływ na dobór studentów na Harvard czy Yale? Pewne reguły są ponad nim. Jeśli Blatter sobie nie radzi, to może niech zastąpi go ktoś młodszy. Franz Beckenbauer potrzebne regulacje wprowadziłby w pięć minut 

No tak, tylko wiesz Antek... Gdyby wszędzie próbować zastępować starych cepów działaczy młodymi, to ty już od 20 lat bawiłbyś wnuki, a nie udzielał się w polskiej piłce, opowiadając jak to pięknie było w 1974 i 1982.

Skoro jednak mówimy o tym, że jakiś limit jest potrzebny, żeby lepiej grałą reprezentacja, to może zastanówmy się ilu piłkarzy z najbardziej polskich drużyn powołano w zeszłym sezonie do kadry. Ze Śląska - zero, Z Ruchu Chorzów - jeden, Maciej Sadlok, z Górnika - zero, z Polonii Bytom - zero, z Bełchatowa - jeden, Dawid Nowak. O czymś to świadczy, nie? Konkretnie o tym, że żaden limit jest niepotrzebny - bo i tak powołuje się tylko najlepszych. Teraz w Ekstraklasie grają dodatkowo ŁKS i Podbeskidzie też oparte na Polakach - i mogę się załozyć, że żaden z piłkarzy tych druzyn nie dostanie nawet powołania do kadry w najbliższym sezonie.

Czemu tak jest? Bo najłatwiej przyjśc na gotowe. Wisła zatrudniła fachowców zarówno na stanowisku trenera, jak i dyrektora sportowego, drużyna zaczęła osiągać sukcesy, pokaże się w Europie, wykazała się ciężką pracą by osiągnąć wymarzony cel, zaś PZPN w niczym jej nie pomógł, to teraz najłatwiej zmuszać ją i wciskać jej polski szrot. To najlepszy symbol nieudacznictwa - jak ktoś się dorobi, to cała reszta patrzy na niego z zazdrością i najchętniej wymusiłaby na nim, żeby swoim majątkiem dzielił się z innymi. Polacy z Ruchu? Nie, dziękuję, nie interesują mnie. Polacy ze Śląska? Nie, są za słabi. Wisła? O, bardzo chętnie, tylko trzeba umieścić tam Polaków.

Szkoda, że w wielu naszych działaczach przetrwał nawyk z czasów, kiedy większość zarządzeń wprowadzało się przymusem. Fatalnie, że ci, którzy odpowiadają w tym kraju za szkolenie, zamiast skupić się na szkoleniu, wolą wyręczać się, mysląc o wprowadzaniu parytetów (które żadnych problemów nie rozwiązują). Polska liga i reprezentacja nie bedzie lepsza od parytetów Polaków w Ekstraklasie. Lepsza może być tylko wtedy, gdy zaczniemy szkolić młodzież tak, jak przystało na kraj, który ma futbolowe ambicje.

Zaś Jerzy Engel lepiej niech powie jak to jest, że taki Mateusz Klich, który w Polsce pracował z uznawanymi za dobrych trenerami - Orestem Lenczykiem, Rafałem Ulatowskim czy Jurijem Szatałowem, po wyjeździe do Wolfsburga mówi, że tak ciężko nie trenował jeszcze nigdy.

11:09, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 sierpnia 2011

Kilka uwag na początek. Wiem, że Juergen Klinnsmann od kilkunasu lat mieszka w Kalifornii i uwielbia Stany Zjednoczone w ogóle. Do tego stopnia, że nawet jak był trenerem kadry Niemiec, nie przestał mieszkać w tym słonecznym stanie. Wiem, że niedawno został selekcjonerem reprezentacji USA. Wiem, że zarabia tam krocie oraz że dostał w zasadzie wolną rękę nie tylko w prowadzeniu kadry jankesów, ale również w kształtowaniu systemu szkolenia piłkarskiego w tym z gruntu niepiłkarskim kraju. Wiem również to, że Klinnsmann nigdy nie zostanie selekcjonerem naszej reprezentacji. 

Ale moim zdaniem to właśnie Juergen Klinnsmann powinien zostać selekcjonerem reprezentacji Polski po Franciszku Smudzie. Naturalnie zakładam, że nasze orły pod wodzą "Franza" odniosą sukces na EURO 2012, później awansują na mundial w Brazylii i stamtąd również przywiozą przynajmniej półfinał, ale gdyby noga nam się powinęła i z tych planów wyszły nici, wtedy - już całkiem serio - widziałbym na stołku selekcjonera właśnie "Klinsiego".

Pytanie: dlaczego akurat Klinnsmann? Wiem, że zaraz eintracht będzie mnie poprawiał, ale dla mnie właśnie ten człowiek jest symbolem zmian, jakie w niemieckiej piłki na dobre rozpoczęły się bodajże w 2004 roku, kiedy właśnie Klinnsmann na stanowisku selekcjonera reprezentacji Niemiec zastąpił Rudiego Voellera. Już cztery lata wcześniej, po katastrofie na EURO 2000, kiedy Niemcy nie wyszli nawet z grupy, zapoczątkowano u naszych zachodnich sąsiadów prawdziwą rewolucję w szkoleniu młodzieży. Jednak ta rewolucja nabrała prawdziwego tempa właśnie w 2004 roku, po kolejnej wpadce na EURO. Oparta na starszych zawodnikach reprezentacja Niemiec znów nie wyszła z grupy.

To tylko część tekstu. Więcej przeczytasz na portalu FootballBlog.pl

21:41, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 sierpnia 2011

Nie było to dobre spotkanie, a jednak udało się wygrać. Mecz Polski z Gruzją był zwyczajnie nudny, bez krzty polotu i fantazji, bez szybkich i nagłych kontr, po prostu generalną nudę przerywały od czasu do czasu jakieś szybsze akcje dla obu drużyn.Komentarzem niech będzie fakt, że przez pierwsze 20 minut Polacy nie oddali żadnego (dosłownie, żadnego!) strzału na bramkę Gruzinów, dopóki nieuznanego gola nie strzelił Lewandowski.

1:0 wygraliśmy dzięki dwóm piłkarzom, bo nie byłoby tej wygranej bez Jakuba Błaszczykowskiego - najlepszego na boisku, oraz bez Wojciecha Szczęsnego. Kuba, wiadomo - piękny gol, ale też przede wszystkim kreowanie gry ofensywnej naszego zespołu. Natomiast Szczęsny zaliczył dwie interwencje, dzięki którym z Gruzinami nie przegraliśmy, bo były to piłki stuprocentowe. Radosław Majdan wprawdzie robił wszystko, byle tylko Wojtka nie pochwalić (w końcu to młody Szczęsny wytknął Rabczewskiemu, że nosi się jak wieśniak oraz nie był dobrym bramkarzem), ale nie zmienia to faktu, że na dzień dzisiejszy Szczęsny to bramkarz nr 1 naszej kadry.

Tematem podstawowym, związanym z tym spotkaniem był debiut w kadrze Eugena Polanskiego. I ten Eugen rozegrał poprawny mecz, choć jak to zostało już zauważone, bez fajerwerków. Trzymał się środka boiska, odbierał piłki, rzadko tracił, jednak nie robił wiele by popchnąć grę do przodu. To jest ewidentnie facet od mrówczej roboty - tej, która jest wprawdzie mało widoczna, ale bardzo ważna. Pamiętajmy, że gdy debiutował Adam Matuszczyk, również w meczu z ogórkami - Finlandią, fajerwerków takze nie było. Na całe szczęście nikt nie posłuchał apelu frustratów z weszło.com i nie gwizdał, gdy Polanski był przy piłce, co byłoby widowiskiem żenującym.

Największe zdumienie może budzić fakt, czemu pod nieobecność Łukasza Piszczka, na prawej obronie nie gra Jakub Rzeźniczak, który jest od Grzegorza Wojtkowiaka piłkarzem nie dość, że lepszym, to jeszcze młodszym. Zresztą o bycie numerem dwa na prawej obronie powalczyć mógłby spokojnie Rzeźniczak z Wasilewskim, tyle że tego drugiego w ogóle na zgrupowaniu nie było. Był za to Wojtkowiak, który podobnie jak Maciej Rybus na boisku znalazł się chyba przypadkiem. Nie wiem jaki jest sens wstawiania lewego pomocnika, który ostatnio gra w Legii na pozycji, hmmm... rezerwowego, za Kubę Błaszczykowskiego.

Póki co 1:0, wygraliśmy i możemy przez chwilkę pobyć jeszcze w stanie błogiej nieświadomości. Mecz z Gruzją to spotkanie na poprawienie humoru - żebyśmy mogli pocieszyć się, że potrafimy z kimś wygrywać. We wrześniu będzie już znacznie trudniej, bo jeśli nie dostaniemy zimnego prysznica z Meksykiem (zdobywcy Pucharu CONCACAF), to na ziemię sprowadzą nas Niemcy (dziś wygrali 3:2 z Brazylią).

PS. Maor Melikson zdobył dziś dwa gole dla reprezentacji Izraela. To by było na tyle w kwestii jego gry dla polskiej kadry. Choć może Smuda myśli, że teraz Maor wyciągnie telefon i zadzwoni do niego, że jednak chce grać dla Polski.

23:19, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 sierpnia 2011

Tak więc za nami już całe dwie kolejki Ekstraklasy. Nie da się na dzień dzisiejszy wskazać wprawdzie najlepszej drużyny po tym czasie - okazję miał Lech, ale ją zmarnował, niemniej jednak wiemy kto jest najsłabszy i że jest to ŁKS. Ale, ale - to raczej nie jest nic złego (może dla kibiców ŁKSu), bo przynajmniej możemy w każdej kolejce oglądać duuuużo goli.

Niestety, czasem trzeba też oglądać bezładną kopaninę, jaką był klasyk Widzewa Łódź z Górnikiem Zabrze (1:1). Dramat. Gdy któryś z tegorocznych beniaminków gra, to na ogół gra słabo, ale przynajmniej na tle znacznie lepszego rywala. A w tym spotkaniu spotkało się dwóch przeciwników równorzędnych, więc mecz był męczarnią dla oka., bo niestety równorzedność nie oznacza wysokiego poziomu. Jak dotąd oba zespoły remisują po 1:1 i w tabeli są ex aequo na jednym miejscu z Wisłą Kraków. Z meczu zapamiętać można tylko ładną i szybko zdobytą (po kilkudziesięciu sekundach od rozpoczęcia drugiej połowy) bramkę Kwieka dla Zabrza. Reszta - szkoda słów i gdyby podmienić te dwie drużyny na zespoły z Kazachstanu to pewnie nikt by się nie zorientował.

Lech Poznań miał szansę na ucieknięcie rywalom, choć najśmieszniejsze jest to, że nadal prowadzi w tabeli - i to tylko dlatego, że w pierwszym spotkaniu rozgromił 5:0 ŁKS. W piątek wystarczyło mu siły tylko na remis z Zagłębiem Lubin (1:1), choć było blisko wygranej. W zasadzie byłaby w kieszenie, gdyby taki Jakub Wilk umiał oddać celny strzał na bramkę. Cały mecz to głównie pokaz umiejętności Semira Stilicia, które w zeszłym sezonie trochę oklapły. Teraz bośniacki pomocnik jakby odradza się na nowo. Zobaczymy co Kolejorz pokaże w tym sezonie, bo póki co gra na wyjazdach i radzi sobie nawet nie źle - a przecież w rundzie wiosennej czeka go seria meczów na własnym stadionie. Z ocenami jednak wstrzymajmy się jeszcze parę kolejek, bo rok temu drużyna prowadzona przez Jose Mari Bakero też była liderem na początku, a potem wszystko się posypało.

Piłkarska sobota rozpoczęła się od wysokiego C. GKS Bełchatów rozklepał w pył Podbeskidziem - tym razem łbielszczanie przegrali 0:6. No cóż, to się nazywa "kocenie" - w końcu Podbeskidzie w Ekstraklasie dopiero debiutuje. Mecz swojego zycia zaliczył Jacek Popek - obrońca, grubo po trzydziestce, który chyba pierwszy raz w karierze zaliczył hat-tricka. Wspaniały mecz również zaprezentował Kamil Kosowski, który asystował aż czterokrotnie.Nie wiem jaki cel miało sprowadzanie do bramki Podbeskidzia 35-letniego Richarda Zajaca, który w ostatnim meczu w bramce tylko statystował i przyglądał się w którą stronę leci piłka.

0 punktów na koncie ma na razie Lechia Gdańsk. Gdański klub w końcu zacznie, rzecz jasna, wygrywać (przecież za tydzień grają z Cracovią), ale póki co to słabo to wygląda. Jedynym pocieszeniem może być to, że nie przegrywa z leszczami, zaś ostatni mecz z Jagiellonią, przegrany 1:2, z początku nawet układał sie po myśli Lechii. Tyle że nie ma silnego na jednego człowieka w naszej lidze - na Tomasza Frankowskiego. Mimo upływu lat, Frankowski gra na najwyższym ligowym poziomie i potrafi strzelać takie bramki, że aż ręce same skłądają się do oklasków. Tym razem trafił do bramki piętą, a zrobił to z taką gracją, jakby miał nie 36, a jakieś 20 lat. To już 150 gol Franka w lidze i czekamy na następne, choć rekordzistą niestety nie ma szans zostać.

Jeżeli Wisłę Kraków dotknie "wirus FIFA", to znaczy że ci nasi piłkarze są bardzo chorowici. Rok temu Lecha grał w pucharach, przez co dawał dupy w lidze. Teraz podobnie dzieje sie z Wisłą - po dwóch kolejkach tylko dwa punkty i dwa remisy - po 1:1. Co ciekawe, obie bramki dla Wiślaków strzelił Dudu Biton, detronizując misiowatego Cwetana Genkowa. Wisła zremisowała 1:1 na wyjeździe z Polonią Warszawa co nie jest wynikiem złym, ale gra niekoniecznie odzwierciedla oczekiwania.

ŁKS w tabeli póki co na ostatniej pozycji, z dorobkiem 0 punktów oraz stosunkiem bramek 0:11. Nieźle im się ten sezon zaczął - moznaby powiedzieć, że gorzej być nie może, ale coś mi podpowiada, że jednak może - następne spotkanie grają oni z Polonią Warszawa na wyjeździe. To jednak kwestia przyszłego tygodnia. W niedzielę natomiast drugi garnitur Śląska Wrocław rozbił w pył ŁKS klepiąc ich aż 4:0. W tym sezonie piłkarze Łódzkiego Klubu Sportowego będą pełnić chyba prometejską rolę dostarczyciela punktów i bramek. Śląsk może być spokojny, bo ich drugi skład okazuje się nawet lepszy niż pierwszy - przecież w spotkaniach z Lokomotivem nie zdobyli żadnej bramki!

Legia rozpoczęła sezon - podobnie jak rok temu - meczem z Cracovią. Spotkania z Cracovią w tym sezonie tez moga być receptą na poprawienie humoru, z dwóch względów: zdobytych punktów i komicznych błędów obrony. To co odwalili defensorzy Pasów nie mieści się w głwoie, a najlepiej świadczy o tym fakt, że dwie bramki zdobył... Manu. Nie były to jakieś piękne gole, ot takie farfocle. Pierwsza bramka, to strzał chyba z jednego metra, na krótki słupek, gdy piłkarze Pasów nawet nie zawracali sobie głowy Portugalczykiem. Drugi gol, to seria wywrotów piłkarzy z Kałuży - którą wykorzystali Legioniści. Trzeci gol - tym razem Radovicia, to ośmieszenie wszystkich - Rado zdążył oddać strzał na bramkę, zostać przewróconym, wstać, dobić piłkę i strzelić gola. Wojciech Kaczmarek - najlepszy bramkarz rundy wiosennej może okazać się nowym Cabajem.

No i ostatni już mecz, poniedziałkowy - Korona Kielce grała z Ruchem Chorzów. Kolejny remis - 2:2, w meczu który rozstrzygnął się już w pierwszej połowie. Po osmiu minutach było już 1:1, a obie bramki wpadły w odstępie dwóch minut. W 37 minucie było już 2:2 i znów różnica pomiędzy golami 9tym razem zdobytymi z karnych) wynosiła cztery minuty. Niestety, od tej pory żaden gol nie padł i nie byliśmy świadkami wyjścia na pierwsze miejsce w tabeli ani Ruchu, ani Korony.

22:30, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 sierpnia 2011



Zupełnie, naprawdę zupełnie nie rozumiem pretensji do Euzebiusza Smolarka o to, że znalazł sobie zatrudnienie w Katarze. Wczoraj Ebi podpisał kontrakt z katarskim Al-Khor SC i od razu posypały się komentarze, że facet się sprzedał, nie ma ambicji, liczy się dla niego tylko kasa, rozmienił się na drobne...

Zacznijmy od tego, że Smolarek ma prawo robić w swoim życiu to, na co ma ochotę - jak zresztą każdy z nas. Podpisał kontrakt w egzotycznym kraju? Miał do tego pełne prawo. To w końcu jego życie, jego kariera i on decyduje w jaki sposób ją poprowadzi, a innych powinno to mało obchodzić. Ebi wyjechał na Bliski Wschód, choć wcale nie musiał - chciał przecież grać w Polonii Warszawa i pewnie grałby tam nadal, gdyby właściciel tego klubu nie wymyślił sobie przymusowej renegocjacji umów. Umów, które przecież sam podpisał - a jak wiadomo, umów nalezy dotrzymywać.

Smolarek to piłkarz, a więc ktoś kto na graniu ma zarabiać. Ma już 30 lat, a czas płynie szybko - można odliczać lata do końca kariery, trzeba więc jakoś zabezpieczyć swój przyszły byt. Katarczycy dali mu taką szansę i Ebi ma prawo z niej skorzystać. Bądźmy szczerzy - jako piłkarz więcej już raczej nie osiągnąłby w Europie. Na Zachodzie nikt by go nie chciał, w Polsce nikogo na niego nie stać. Wyjeżdżając stąd żeby grać w piłkę będzie nadal mógł robić to co lubi i co najwazniejsze - zarabiać na tym. To na pewno lepsza opcja niż bieganie po schodach przy Konwiktorskiej.

Zresztą, wcale mu się nie dziwię. W naszym kraju już od dawna, zanim jeszcze przyjechał do Polonii, krązyły o nim wyssane z palca, opowieści dziwnej treści. Sam ich nawet nie dementował, bo chyba do niego - grającego wówczas w Grecji - nie docierały. A przecież były czasy, o których już się powoli zapomina - gdy Smolarek był narodowym bohaterem. Gdy grał i strzelał w eliminacjach do Mundialu 2006, Euro 2008 czy Mundialu 2010, gdy był podstawowym ogniwem reprezentacji. Te wszystkie jego zasługi zapominano, a coraz częściej zaczynano wypominać, że zalezy mu tylko na kasie, czego wyrazem miał być choćby transfer do Polonii. Tylko gdzie Ebi miał trafic, skoro już rok temu nikt go nie chciał?

Bądźmy szczerzy: Smolarek nigdy nie był typem "wymiatacza". Miał w karierze tylko jeden sezon, gdy strzelił więcej niż 10 goli. Jak na napastnika - zupełnie bez wrażenia. A oczekiwano od niego - paradoksalnie - nie wiadomo czego. Wymiatał natomiast w kadrze. Teraz będzie miał okazję odpocząć gdzieś daleko, w ciepłym klimacie, bez mediów donoszących o nim każdą bzdurę, bez kibiców sprowadzających bohatera do zera.

Ebi, powodzenia!

23:38, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 sierpnia 2011

To może wydawać się nieprawdopodobne, ale tak jest naprawdę: zarówno Legia, jak i Śląsk nadal grają w Lidze Europejskiej! Teraz czekamy na jutrzejsze losowanie, gdzie poznamy zarówno rywali Wisły Kraków w IV rundzie kwalifikacyjnej LM, jak i pozostałych drużyn w Lidze Europy.

Śląsk dzisiaj zagrał hm... Pierwsza połowa to dominacja Śląska, ale taka z której nic nie wynikało. Lokomotiv Sofia postawił "lokomotywę" w polu karnym ale to był raczej taki wrak, do którego każdy może wejśc, niż solidna i sprawna lokomotywa. W pierwszej połowie Śląsk dominował i gola nie strzelił, w drugiej mecz był bardziej wyrównany i Śląsk nadal gola nie strzelił, zaś w dogrywce piłkarze Lokomotivu grali nie tyle na stojąco, co na leżąco - a Śląsk jak nie strzelał wcześniej, tak nie strzelał wówczas. Dogrywka to zresztą był jeden wielki ból dla oka, bo każda akcja kończyła się tym, że któryś Bułgar przewracał się, a sędzia przerywał grę.

Pozostał tylko pewien niesmak, że zwycięzcę tego dwumeczu poznaliśmy dzięki rzutom karnym, ale konkurs jedenastek zawsze też zwiększa moc dramatu. Na szczęście mecz skończył się serią rzutów karnych. Na szczęście? Gdyby Mila, Voskamp, Diaz i inni wykorzystali przynajmniej jedną z dziesiątek okazji, jakie mieli w tym spotkaniu obeszłoby się bez zbędnych nerwów. A tak trzeba było liczyć na to, że któryś z Bułgarów się pomyli. I pomylili się, dzięki Bogu, dwukrotnie. Bohaterem spotkania został Marian Kelemen, czyli ktoś na kształt Krzysztofa Kotorowskiego z Lecha Poznań w zeszłym sezonie. Obronił dwa rzuty karne i to jemu, jak nikomu innemu Śląsk zawdzięcza dzisiejszy awans. Marian Kelemen - to nazwisko musi zapisać się złotymi zgłoskami w historii Śląska, bo tylko on może być w tym dwumeczu bohaterem, jako że Śląsk nie zdobył żadnego (ŻADNEGO) gola.

Swój dwumecz wygrała też Legia. Legia była skazywana na pożarcie w spotkaniach z Gazaintepsporem, ale z drużynami przekreślonymi na początku jest tak, że zawsze robią największe niespodzianki. Tym razem do pokonania 4. drużyny ligi tureckiej wystarczyła wygrana 1:0 na wyjeździe, po golu Mirosława Radovicia, oraz bezbramkowy remis u siebie. Duże brawa należą się na pewno Maciejowi Skorży za ten dośc udany początek sezonu. O Legii nie napisze zbyt dużo, bo w tym czasie oglądałem mecz Śląska, ale życzę warszawskiej drużynie powodzenia w następnej fazie kwalifikacyjnej.

Na dzień dzisiejszy możemy być zadowoleni, ale z optymizmem poczekajmy do awansu do fazy grupowej.

22:43, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48