Z pierwszej piłki
wtorek, 20 września 2011

Szalony dzień dzisiaj, jeśli chodzi o tematy związane z reprezentacją Polski. Pomijam kwestię meczu z Białorusią w Niemczech, bo ten pomysł ostatecznie nie jest taki zły (bowiem im mniejsze zainteresowanie tym spotkaniem, tym społeczeństwo będzie zdrowsze), ale nasza reprezentcja może wzbogacić się o dwóch nowych zawodników.

Akces do kadry zgłosili dzisiaj Dudu Paraiba z Widzewa Łódź i Maor Melikson z Wisły Kraków. Nie ma sensu w przypadku naturalizacji (względnie odświeżenia obywatelstwa) wrzucać wszystkich do jednego wora, bo każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie pod kątem przydatności dla drużyny, jednak dwa dzisiejsze przypadki są cokolwiek zastanawiające.

Dudu Paraiba - lewy obrońca, lat 26, piłkarz Widzewa. Fakt, lewych obrońców, zwłaszcza pod nieobecność Sebastiana Boenischa nam brakuje, a swoim ostatnim występem (jak i meczami w Legii) Jakub Wawrzyniak powinien zakończyć karierę reprezentacyjną. Nie mam nic przeciwko naturalizacji, ale powinna to być ostateczność - ewentualnie sytuacja, w której piłkarz znacząco się wybija ponad ligowy poziom. Zastanówmy się lepiej, czy nie wartało by najpierw rozważyć powołania dla Piotra Brożka (teraz aktualnie kontuzjowany, ale w perspektywie Euro mógłby się przydać) albo Krzysztofa Króla z Podbeskidzia. Obaj są solidnymi i doświadczonymi zawodnikami, którzy trochę większej piłki już liznęli (Brożek w Trabzonsporze, Król w Chicago Fire).A może warto byłoby postarać się o Timothee Kołodziejczaka, który jako zawodnik wyszkolony we Francji oraz znacznie młodszy, wydaje się ciekawszą propozycją.

Maor Melikson - jego znają wszyscy, którzy interesują się futbolem w Polsce. Niedawno chłopak ze znakomitym skutkiem wystąpił w kadrze Izraela, gdzie strzelił dwa gole. Był nawet bliski zagrania w meczu o punkty, w czym przeszkodziła kontuzja. No właśnie, gdyby nie ta kontuzja, to dziś Maor byłby reprezentantem Izraela. O Maorze mówi się, że to najlepszy piłkarz z zagranicy (choć ma polskie pochodzenie), jaki trafił do polskiej ligi. Faktycznie - jego szybkość, drybling, technika, ustawienie robią wrażenie. Jeszcze niedawno wydawało się, że sprawa Meliskona jest dla polskiej reprezentacji stracona - dziś sam Grzegorz Lato twierdzi, że Maor powiedział mu (osobiście!) że chce grać dla Polski. Sprawa trochę podejrzana, zwłaszcza znając lingwistyczne zdolności Laty. Ktoś w internecie napisał, że ta rozmowa mogła wyglądać tak:

- Maor, chcesz grać dla Polski?

- No [ang.: "nie"]

- O super, dzięki

Tyle, że znowu - Melikson to ofensywny pomocnik. Pytanie pojawia się po raz kolejny: czy nie mamy innych, równie dobrych zawodników? Mateusz Klich, Radosław Majewski, Tomasz Cywka - zwłaszcza tych dwóch gra regularnie i warto byłoby ich w końcu wypróbować.

Jeśli chodzi o piłkarzy, których naprawdę warto pozyskać - może w końcu ktoś zainteresuje się Robertem Acquafreską? Bo na pozycji napastnika mamy prawdziwą posuchę, a jednak taki piłkarz, który regularnie gra w Serie A i co więcej, strzela gole, nam się długo nie trafi.

23:52, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 września 2011

Zakończyła się siódma, bardzo emocjonująca kolejka naszej Ekstraklasy. Trzeba przyznać, że tabela naszej ligi wygląda teraz bardzo ciekawie, zwłaszcza patrząc na układ - bo zagłębiając się w punktowe różnice, które są zwykłymi niuansami widać, że w najbliższym czasie wszystko może się zmienić.

Zaczęło się jednak nieciekawie, bo bezbramkowym remisem Widzewa z Zagłębiem Lubin. Widzew w razie wygranej miał szansę zostać na chwilę liderem tabeli, co się jednak nie udało. Jedynie zremisował, co wprawdzie pozostawia niedosyt, ale widać też pewne pozytywy w grze tej drużyny od początku sezonu - nadal nie przegrał żadnego ligowego spotkania, a także ma najszczelniejszą defensywę w Ekstraklasie - w siedmiu meczach stracił zaledwie trzy bramki. Powrót do Łodzi nie udał się byłemu zawodnikowi tej drużyny - Darvydas Sernas, obecnie piłkarz Zagłębia, nadal nie zdobył żadnej bramki. Jego forma może martwić, podobnie jak gra Zagłębia - lubinianie nie zdołali dotąd wygrać spotkania w lidze. Mówiło się o tym, że tylko wygrana może uratować trenera Miedziowych, Jana Urbana, przed utratą stanowiska, choć do tej pory nic się w Zagłębiu nie zmieniło.

O wiele więcej emocji przyniósł mecz Lecha Poznań z Jagiellonią Białystok. O grze Lecha można powiedzieć jedno - gra dobrze, gdy strzeli bramkę. Nie na odwrót - najpierw muszą trafić, by mogli się poczuć pewniej na boisku. Gdy już nabiorą tej pewności, stają się nie do zatrzymania, czego dowodem jest zdemolowanie drużyny Jagi aż 4:1. Hat-tricka tradycyjnie zaliczył Artjom Rudniew, czyli ma już na koncie tyle goli, ile strzelił przez cały poprzedni sezon. Wprawdzie ta liczba jest nieco zawyżona, bo parę z tych trafień nie powinno być uznanych, ale jednak co w statystykach, to się już nie podważy. Lech zaczął mecz bardzo dobrze, bo w 24. minucie Rudniew otworzył wynik spotkania i choć kilka minut później Dawid Plizga wyrównał, to cała druga połowa należała już do Lecha. 10 minut zajęło piłkarzom Kolejorza zdobycie kolejnych trzech bramek, a strzelił je nie tylko łotewski supersnajper, ale także bułgarski talent, Aleksandar Tonew. Szczególną uwagę warto zwrócić bramce nr 3 dla Lecha - zdobyta po strzale z pozycji spalonej, ale też po przedszkolnym błędzie bramkarza, Krzysztofa Barana. Baran najpierw obronił strzał Stilicia, po czym wywrócił się w bramce i ani myślał wstać. Odbitą piłkę wykorzystał Rudniew i Jagiellonia kompletnie przestała podejmować walkę.

Mecze sobotnie stały na solidnym, pierwszoligowym poziomie. Piłkarze Podbeskidzia Bielsko-Biała zaczęli bujać w chmurach po pokonaniu przed tygodniem Legii, jednak na ziemię sprowadzilł ich Ruch Chorzów. Niebiescy wygrali 1:0 po bramce Macieja Jankowskiego i przez moment byli nawet na trzecim miejscu w tabeli. Wprawdzie celem Ruchu, póki co jest utrzymanie, ale widać że zawodnicy tej drużyny są w dobrej dyspozycji i może pokuszą się o podobną niespodziankę, jaką sprawili dwa sezony temu? Gorzej wygląda sytuacja Podbeskidzia, jednak przed tym klubem jest teraz seria spotkań z teoretycznie łatwymi rywali, jest więc szansą, że zdołają znacząco poprawić swój bilans punktowy - zwłaszcza że powalczą z drużynami dzielącymi ten sam los - czyli walczącymi o utrzymanie.

ŁKS zagrał u siebie (czyli w Bełchatowie) z Górnikiem Zabrze i ciągle nie może przełamać złej passy w meczach u siebie. Z Górnikiem ledwie wyszarpał remis, po bardzo słabym spotkaniu - typowej kopaninie, charakterystycznej dla lig niższych od Ekstraklasy. Jednak w przypadku Łódzkiego Klubu Sportowego nie ma co narzekać - zdobycie punktu jest bardzo cenne, zwłaszcza że stoi on nad strefą spadkową. Bramkę dla Zabrzan zdobył Prejuce Nakoulma, czym zdołał już wyrównać swoje osiągnięcie strzeleckie z minionego sezonu. To podobna sytuacja jak z Sebastianem Szałachowskim - popularny Szałach, strzelając gola Górnikowi zaliczył drugie trafienie w tym sezonie, a więc ma już na koncie tyle ile nastrzelał się w zeszłym sezonei grając w barwach Legii.

Nadzwyczajnie spisuje się za to Korona Kielce. W tej chwili jest liderem tabeli z dwoma punktami przewagi nad drugim Lechem. Jak na drużynę mającą walczyć o utrzymanie, to wielkie osiągnięcie. W sobotę pokonała u siebie fatalnie spisującą się Lechię Gdańsk, dzięki bramce powracającego do Kielc Jacka Kiełba. Ironia losu - spotykają się dwa zespoły, z których jeden skazywany jest przez ekspertów na walkę o utrzymanie, a drugi - o puchary. W tej chwili sytuacja w tabeli jest odwrotna i trzeba zweryfikować, czy lepszym trenerem od Tomasza Kafarskiego nie jest czasem Leszek Ojrzyński. Bo czy Kafarski poradził poradziłby sobie tak dobrze w roli strażaka, który musi uchronić zespół przed spadkiem?

Niedziela to czarny dzień dla Cracovii. Tydzień temu przegrałą u siebie z ŁKSem, wczoraj ze Śląskiem. Po siedmiu kolejkach ma na koncie zaledwie dwa punkty, czyli o jeden mniej niż przed rokiem - to oznacza ni mniej, ni więcej, że to najgorszy początek sezonu dla tej drużyny od wielu lat. Różnica z sezonem poprzednim jest jednak na korzyść Cracovii - wówczas reszta drużyn odskoczyła na kilka punktów, teraz wygląda an to, że wyścig o utrzymanie będzie przypominał wyścig ślimaków, ewentualnie - much w smole. Dla Oresta Lenczyka był to mecz szczególny - zanim objął wrocławską drużynę, prowadził właśnie Pasy. Tymczasem Śląsk Wrocław wygrał 1:0 po bramce Waldemara Soboty i doszlusował już do czołówki - zajmuje trzecie miejsce w lidze, tuż za Lechem, z którym zagra za tydzień. We Wrocławiu wszystko wróciło już do normy - stan dwóch porażek pod rząd, pod wodzą tego szkoleniowca to anomalia.

Derby Warszawy dla Polonii. Pokonała ona swojego lokalnego rywala 2:1. Nad Legią poznęcałem się trochę wcześniej , teraz może dla odmiany pochwalę Polonię Warszawa. Jest za co - ambicja i zadziorność tej drużyny po raz kolejny potrafiły wyprowadzić ją z dołka. Przed tygodniem, w meczu z Jagiellonią nie udało się zdobyć ani punktu, pomimo przebudzenia Czarnych Koszul, teraz za to udało się zdobyć trzy. Dużą rolę w przebudzeniu odegrał młody pomocnik, Paweł Wszołek - gdy tylko wszedł na boisko, miał udział w obu bramkach. Jest to pewnego rodzaju ironia losu, że walcząc przeciwko Legii, która szczyci się wprowadzaniem do gry młodych zawodników, gra na boisku piłkarz Polonii, o którym mówi i pisze się mało, a to jednak on daje drużynie więcej, niż całą reszta przereklamowanych młodzieżowców z Legii. Trener Jacek Zieliński może odetchnąć - nie straci pracy tak szybko, a Józef Wojciechowski nie wycofa się ze sponsorowania klubu. Przeciwko swojej dawnej drużynie zagrał Michał Żewłakow i chyba specjalnie zostawił jej "prezenty" - zawalenie goli dla Polonii to w dużej mierze jego wina.

W ostatnim meczu 7. kolejki, Wisła Kraków podejmowała GKS Bełchatów i wygrała 2:0. Pokonanie Bełchatowa jest w naszej lidze czymś tak oczywistym, jak kupienie obwarzanka będąc w Krakowie. Wisła przesunęła się zatem w górę ligowej tabeli. Dotychczas Biała Gwiazda zdobyła sześć bramek w tym sezonie i wszystkie z nich są autorstwa Dudu Bitona - mając takiego snajpera wprawdzie gra się super, gorzej jeśli ma się świadomośc, że prędzej czy później ten snajper się posypie lub wróci z wypożyczenia. Wtedy nie zostanie nikt, kto umie strzelać bramki. Kto wie - gdyby Biton zagrał w meczu z APOELem, to może dziś Wisła grałaby w Lidze Mistrzów? Na razie ma jednak problemy z tym, żeby poradzić sobie w Lidze Europejskiej i cieszyć się może z tego, że przynajmniej w Ekstraklasie jest w stanie dokopać ogórkom.



Obiektywnie, to jednak ten sezon nie zaczął się dla Legii najgorzej - trzy porażki w sześciu meczach, to o jedną mniej niż przed rokiem. Niemniej jednak to są nadal trzy porażki, czyli połowa, a zatem bardzo dużo. Jak na Legię, zdecydowanie za wiele.

Dziś Legia uległa Polonii w derbach Warszawy, co dla klubu z Łazienkowskiej jest porażką nie tylko sportową, ale też prestiżową. Wprawdzie odkąd Polonia gra w Ekstraklasie po przerwie (co ma miejsce od sezonu 2008/09), Legia zdołała zwyciężyć tylko raz w derbach na siedem spotkań w lidze (swoją drogą wygrana Legii w marcu to bardziej zasługa Theo Bosa, niż Macieja Skorży), to jednak od Legii wymaga się więcej, bo to ona zaazwyczaj  zajmuje wyższe lokaty w tabeli. Teraz klub z Łazienkowskiej przegrał kolejny raz i pytanie, gdzie nalezy upatrywać przyczyn. Być może zawodnicy Legii hasło "jazda z kurwami" uznali nie za motywację do gryzienia trawy w meczu z lokalnym rywalem, lecz za zachętę do kolejnego odwiedzenia burdelu na Wiertniczej, jednak trener Maciej Skorża ma inne wytłumaczenia. Wytłumaczenia, które trzeba weryfikować zdanie po zdaniu, bo takiego nagromadzenia bzdur dawno nie słyszelismy.

Na pewno bardzo nam zależało, żeby dziś zagrać dobre spotkanie i wygrać, ale tak było tylko w pierwszej połowie. W drugiej zabrakło nam koncentracji.

Chyba w każdej konferencji, po przegranym meczu, Skorża mówi wspomnieć o tym, że jedna połowa była udana, a druga nie (lub odwrotnie). W tym przypadku powstaje pytanie: czy gdyby Sultes wykorzystał swoją 200% sytuację w pierwszej połowie, czym doprowadził do wyrównania, to nadal ta pierwsza połowa byłaby taka dobra? Pytanie jest zasadne: którą połowę Skorża uznaje za lepszą: tę w której Legia straci mniej bramek?

Polonia chciała nas zdominować fizycznie, więc szukałem takiego ustawienia, żeby zawodnicy podjęli walkę. W pierwszej połowie wyglądało to dobrze. 

Ustawienie z trzema defensywnymi pomocnikami dobre jest tylko wtedy gdy chcemy się bronić i stawiać podwójną gardę. Do walki nadaje się średnio - tak samo, jak walczy się mieczem, a nie tarczą. Chyba, że taktyka zakłada ustawienie muru, przed którym piłkę będą sobie podawać Radović z Ljuboją.

Gdybyśmy zdobyli jeszcze jedną bramkę, ten mecz zakończyłby się co najmniej remisem. 

Ja bym się nawet posunął dalej - gdybyście strzelili cztery gole, to Polonia miałaby problem z wyrównaniem. W zeszłym sezonie, po jeden z porażek Skorża wyznał, że szansą Legii na zwycięstwo jest strzelenie trzech goli i dowiezienie wyniku do końca. Przy braku innych sensownych rozwiązań, może wartałoby wprowadzić ten pomysł w życie? Tylko jest drobny problem: nie wiadomo, kto miałby strzelać te gole, bo trzej defensywni raczej nie są od tego.

Jakub Kosecki jest gotowy do gry, ale uznałem, że w tym meczu nie za bardzo mógłby sobie poradzić. 

Dokładnie. Za to Górski (kto to jest ten Górski?!) mógłby sobie poradzić z pewnością. Co to w ogóle za stwierdzenie, że Kosecki mógłby nie dać rady, zwłaszcza że rady nie dali wszyscy pozostali? Kosecki zagrał z PSV, przez chwilę, ale zagrał. Z takim rywalem! A na Polonię był za słaby?

Czy zdecydowało zmęczenie? Myślę, że chodziło bardziej o koncentrację. Jeśli chcemy rywalizować o mistrzostwo, trzeba dawać z siebie więcej. Liczyłem, że wykażemy więcej determinacji. 

W tym momencie trudno cokolwiek powiedzieć. W sezonie gra się trzydzieści spotkań, ale na mecze derbowe to spinają się w lidze wszystkie kluby, które takie spotkania grają. Z prostego powodu - to są najbardziej elektryzujące zmagania, zmagania w których gra się o coś więcej, niż tylko o trzy punkty. Tu trzeba woli walki, chęci pogrążenia lokalnego i odwiecznego rywala i nie mozna mówić o braku koncentracji. Po prostu, nie można. Nie wypada.

Przełomowym momentem było gapiostwo i utrata bramki na 1-1. To nas załamało. 

Załamało i to nie pierwszy raz. Legia od czasów Skorzy gra tak, że gdy straci bramkę to się załamuje, czego koronnym dowodem był mecz z Ruchem na wiosnę. Wtedy z 2:0, wynik zamienił się w 2:3. To jest też dowód syzyfowych prac nad taktyką klubu z Łazienkowskiej: drużyna, która gra tak defensywnym ustawieniem, jak to tylko możliwe, załamuje się gdy straci bramkę.

W wypowiedziach po każdej porażce (a w ciągu ostatniego tygodnia było ich aż trzy) trener Maciej Skorża zawsze szuka jakichś wymówek i bardzo często powtarza to samo. Kibice woleliby chyba usłyszeć coś nowego. Np. takie stwierdzenie: To już koniec. Odchodzę".

18:33, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 września 2011

Zacznijmy od końca, czyli od meczu Wisły. Biała Gwiazda przegrała swój pierwszy mecz w fazie grupowej Ligi Europy, a więc nadzieja na awans przygasła. Nigdy ta nadzieja nie była duża - po show na Cyprze przekonaliśmy się, że Wisłą to tylko kolos, ale na glinianych nogach, ale jednak z grupowych przeciwników: Odense, Fulham i Twente, to jednak Odense było najbardziej w zasięgu. Dziś Wisła przegrała u siebie z Duńczykami, czyli jej najłatwiejszy mecz w tej fazie rozgrywek.Całe szczęście, że Kraków to miasto turystyczne - piłkarze Wisły mają duże szanse na zatrudnienie się w jakiejś knajpie w roli kelnerów.

Wisła w tym spotkaniu zagrała dobrze przez kilkanaście minut w drugiej połowie. Były momenty, gdy nie schodziła z połowy rywala i stwarzała okazję za okazją. Tylko, że z tych momentów wynikł zaledwie jeden gol dla Wisły (przełamanie Andraża Kirma) i nic więcej. Udało się wprawdzie doprowadzić do remisu, jednak później dwie kuriozalne bramki zdecydowanie przechyliły szalę zwycięstwa na stronę Odense. 15 minut gry na europejskim poziomie to niestety za mało żeby mysleć o wygranej w takich rozgrywkach. Bo cała reszta, to zwyczajnie beznadzieja.

Być może obraz meczu byłby inny, gdyby udało się wykorzystać jedną ze stuprocentowych sytuacji. Tak się jednak nie stało. Wyróżnić można Maora Meliksona, który ma nie tyle pecha, co zwyczajne nieszczęście - grać z takimi łamagami i wykonywać cudowne podania, które zostaną zmarnowane. Ale skupiając się na poszczególnych formacjach, to nikt dobrze nie wywiązał się ze swoich zadań - ani ofensywa, ani defensywa. A może defensywa zwłaszcza, bo Jaliens i Chavez, głupio to powiedzieć, ale to prawda - nie sprawdzają się. Niby żelazna defensywa, a popełniają takie błędy, że krakowscy kibice mogą dostać zawału.

Wisła przegrała najłatwiejszy mecz. Wygrać z Odense na wyjeździe nie będzie łatwo, pokonać Fulham i Twente, to dla tej drużyny niewykonalne.

Inaczej zaprezentowała się Legia Warszawa. Przegrała 0:1 z PSV Eindhoven i jak wyliczyli dziennikarze Polsatu Sport, w ciągu całego meczu oddała... 2 celne strzały na bramkę. Gratulacje. Jeśli Maciej Skorża chce coś poprawić, to może niech zagra z czterema defensywnymi pomocnikami i trzema stoperami. Być może wtedy wpadnie mniej bramek, a jak będziemy mieli szczęscie, to i coś strzelimy.

Nie jest tak, bym uważał defensywną taktykę za złą - jest dobra, nawet bardzo dobra, ale tylko wtedy, gdy przynosi skutek. W grze PSV było widać znacznie wyższą kulturę futbolową, dominował przez całą pierwszą połowę, stwarzał sobie sytuacje - tego brakowało Legii. Dwa strzały na bramkę... Ech, i jeszcze ten Radović na ławce - powstaje pytanie, czy Legia stawia sobie za cel meczu nie przegrać, czy może jednak wygrać? Wiadomo, chodzi o to by stracić jedną bramkę mniej, a nie strzelić jedną więcej (a to dwie różne rzeczy), jednak bez odrobiny ryzyka nie osiągnie się w futbolu nic.

W barwach PSV zagrał Przemysław Tytoń i był to występ, o którym dziennikarze piszą "wybronił, co miał wybronić". Piłkarze Legii okazali się litościwi i posyłali takie piłki, które mógłby obronić nawet Jan Tomaszewski w wieku 60 lat. Zespół z Eindhoven, mimo że wyraźnie lepszy od Legii, aż za nadto dawał do zrozumienia, że to inne rozgrywki są dla niego ważniejsze - w weekend zagra w hicie kolejki z Ajaksem, a takie spotkania przybliżają PSV do mistrzostwa, a to z kolei do Ligi Mistrzów.  Wielkie europejskie firmy nie zawracają sobie głowy Ligą Europy gdy mają szansę na grę w Lidze Mistrzów.

Legia przynajmniej o tyle była dziś lepsza od Wisły, że przegrała z najlepszym rywalem w grupie, na jego obiekcie - czyli w teorii najtrudniejszy mecz.

Zdjęcie pochodzi ze strony www.legia.com

23:42, wankuwer
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 września 2011

Mamy w naszej lidze powtórkę z rozrywki. Tak jak przed rokiem, tabela jest mocno spłaszczona - o czym najdobitniej świadczy fakt, że gdyby Górnik Zabrze wygrał dzisiaj, to znalazłby się na trzecim miejscu w tabeli, a że zanotował porażkę, to jest dopiero jedenasty. Znów faworyci przegrywają, a z wielkiej trójki to w zasadzie jedynie Lech zajmuje jakąś wysoką pozycję. No i znów szczyt tabeli należy do Korony i Jagiellonii.

Kolejka rozpoczęła się mocnym depnięciem Ruchu Chorzów - Niebiescy wygrali już drugi raz z rzedu, co daje im siódme miejsce w tabeli. Bardzo ważne punkty, bo piłkarska rzeczywistośc jest niestety taka, że Chorzowianie grają w pierwszej kolejności o utrzymanie, a dopiero potem o coś więcej. Za tydzień na rozpisce mecz z Podbeskidziem i trzeba będzie uciułać kolejne punkty, przed grą z silniejszymi rywalami. Pierwsze trafienie w tym sezonie zanotował Maciej Jankowski, gola strzelił również Arkadiusz Piech, a pamiętajmy, że Ruch ma w szeregach również Pawła Abbotta - drużyna Niebieskich ma w lidze całkiem solidną ofensywę. Gorzej z ich przeciwnikami - Zagłębie Lubin, po przegranej 1:2 jest tuż nad przepaścią i teraz wyprzedził je nawet ŁKS. Podobno trener Jan Urban jest już jedną nogą poza klubem, bo w pięciu spotkaniach nie udało mu się zwyciężyć ani razu. Biorąc pod uwagę, że rywalami byli dotychczas piłkarze z Bielska i Cracovii, to duża sztuka. W Lubinie ewidentnie coś nie trybi i pytanie, czy to aby na pewno wina trenera, czy raczej transferowej taktyki "na Wojciechowskiego" - skupowaniu wyróżniających się piłkarzy w lidze, którzy okazują się jednosezonowcami.

Hitem kolejki był mecz pomiędzy Lechem Poznań a Wisłą Kraków. Kolejorz przegrał u siebie 0:1 z niżej notowanym rywalem, a jedynego gola zdobył Dudu Biton. Po kilku kolejkach tego sezonu, Lech uznawany był za polską Barcelonę - długo trzymał piłkę, wymieniał podania, dominował rywala i efektownie wygrywał. O ile się jednak nie mylę, to Barca uznawana jest za jedną z najlepszych druzyn świata - o ile nie najlepszą, a więc nie klękającą przed rywalami. Tymczasem z piłkarzy Lecha zeszło powietrze już po 15 minutach, Rudniew się zaciął, a drużynę, która powróciła na Bułgarską uratował Krzysztof Kotorowski, chroniąc przed wysoką porażką. Jeśli tak wyglądają faworyci w naszej lidze, to nieciekawie to wygląda, bo nawet jeśli Wisła była o klasę lepsza, to w przekroju całego sezonu nie prezentuje na poziomie europejskim. A przecież już w czwartek mecz z Odense...

Niezłą serię notuje Widzew Łódź - jak dotąd nie przegrał ligowego spotkania. Wprawdzie łodzianie głównie remisują, ale pozwala im to na zajęcie szóstego miejsca w tabeli z dorobkiem 10 punktów. Zobaczymy jak długo pociągną tę serię, bowiem póki co szykują im się rywale absolutnie w zasięgu, ale nie jest powiedziane, że przejdą ich bez problemów, bo jednak gra Widzewa do końca nie przekonuje. Tym razem zremisowali oni 0:0 w derbach województwa łódzkiego z Bełchatowem i są to pierwsze punkty bełchatowian od dwana - bo od drugiej kolejki. Czyzby wystarczyło zmienić w GKSie Janasa, czy po prostu rywal nie był zbyt mocny?

Seria meczów bez porażki Widzewa, to jednak nic przy serii Korony Kielce - aktualnie kielczanie zajmują pierwsze miejsce w tabeli. Też jak dotąd nie przegrali żadnego meczu, jednak częściej wygrywają - tak jak na przykład w sobotę pokonali Śląsk Wrocław. Trener Korony, Leszek Ojrzyński, studzi jednak nastroje, mówiąc że celem Korony jest póki co utrzymanie, co jest całkiem rozsądnym stanowiskiem. Przed rokiem Kielczanie też zajmowali wysokie miejsce w tabeli, a skończyło żenującym dostarczaniem punktów przez kilkanaście ostatnich kolejek. Bardziej intrygować może słaba dyspozycja podopiecznych trenera Oresta Lenczyka - jeszcze nie zdarzyło się, by Śląsk pod jego wodzą przegrał dwa spotkania z rzędu. Być może w głowach chłopaków z Wrocławia siedzi jeszcze przegrana z Rapidem Bukareszt, bo to od tego czasu Śląsk nie może się podnieść i nie pomaga tu nawet czwarty gol Johana Voskampa. 

Sensacją na miarę Ekstraklasy była porażka Legii Warszawa na własnym stadionie z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Legia przegrała 1:2, przy czym dwie bramki straciła już w pierwszej połowie. Różnie to można wyjaśniać - albo zasłoną dymną przed meczem z PSV, albo wysokim kursem u bukmacherów, albo tym, że Legia nie jest wcale tak silna, jak wskazywałby na to początek sezonu. Ale w przypadku drużyny z Łazienkowskiej, widzimy kolejne podobieństwo do minionego sezonu: drużyna albo wygrywa, albo przegrywa, w ogóle nie remisując. Jednak biorąc pod uwagę wiele czynników, z Podbeskidziem przegrać nie miała prawa. Dla Bielszczan to historyczny mecz - pierwsza w historii wygrana w Ekstraklasie. I to z kim - jedną z najlepszych drużyn tej ligi w przekroju istnienia rozgrywek. Podbeskidzie awansowało na 12 miejsce w tabeli, ale do utrzymania daleka jeszcze droga.

Jeszcze dalszą drogę do utrzymania ma Cracovia. W niedzielę nie potrafiła pokonać ŁKSu, mało tego - potrafiła z nim przegrać. Słusznie spadła więc na ostatnią pozycję. Mecz ten był meczem z podtekstem - za takie potraktowanie Łódzkiego Klubu Sportowego przez Cracovię w 2009 roku, łodzianie się słodko zemścili. Jedynego gola zdobył nowy nabytek tego klubu - Antoni Łukasiewicz. Chciałoby się powiedzieć, że widać w grze drużyny progres, ale chyba wynika on z tego, że gorzej niż na początku sezonu ŁKS zagrać nie mógł. Duży wpływ na wynik miał nowy trener łódzkiej drużyny - Michał Probierz, który przez ten tydzień pracy mógł poprawić jedynie taktykę - kondycyjnie wyglądało to fatalnie, bo już pod koniec meczu piłkarze nieomal padali na murawę ze zmęczenia. Najlepiej było widać to w ostatnim zagraniu Saganowskiego, który nie miał siły oddać strzału, mimo że wychodził na czystą pozycję.

Najciekawszym spotkaniem kolejki był mecz dwóch drużyn z ambicjami - Jagiellonii Białystok z Polonią Warszawa. Z początku to wyglądało tak, że tylko Jaga miała ambicje, dzięki czemu wyszła na dwubramkowe prowadzenie, potem jednak mecz zakończył się wynikiem 3:2 dla Białostoczan. Polonia przegrała więc już drugi mecz w sezonie i choć miejsce w tabeli ma niezłe - piąte, to jednak w tym klubie robi się nerwowo. Taka specyfika, podobne sytuacje zawsze mają miejsce gdy Czarne Koszule przegrają mecz. Na plus dla tego zespołu przemawia tylko fakt, że Robert Jeż w końcu strzelił gola - po sześciu kolejkach wreszcie mu się udało. Bramkę strzelił także niezawodny Tomasz Frankowski i tylko dwóch goli brakuje mu do wyprzedzenia Włodzimierza Lubańskiego w Klubie 100. Do tego, niecodzinnej kontuzji nabawił się następca Grzegorza Sandomierskiego w bramce - młody Jakub Słowik, który próbując wykopać piłkę niefortunnie zarył butem w murawę i naderwał w ten sposób mięsień czworogłowy. Tak to już jest z polskimi piłkarzami - sami sobie są w stanie zrobić krzywdę.

Wisienką na torcie był mecz Lechii Gdańsk z Górnikiem Zabrze. Lechia pierwszy raz wygrała w tym sezonie u siebie. Dotąd PGE Arena nie była bowiem szczęsliwym stadionem dla jej gospodarza - nie udało się na nim wygrac nawet z najsłabszymi drużynami w lidze. Teraz było blisko kolejnego pecha - wynik otworzył Daniel Gołębiewski i do przerwy Zabrzanie wygrywali na wyjeździe. Później jednak Lechia zdołała wyrównać, a wygraną dał jej sędzia - dyktując karnego, w kontrowersyjnej sytuacji. Dzięki temu Gdańszczanie zwyciężyli 2:1, a niepewna posada (bo ona cały czas jest niepewna!!!) Tomasza Kafarskiego, przynajmniej na chwilę zostałą uratowana. Szkoda tylko Górnika, bo gdyby wygrał mógłby być 3. w tabeli.

Dwa punkty w sześciu meczach to bilans słaby, wręcz katastrofalny, lecz ciągle nienajgorszy. Przed rokiem Cracovia o tej porze miała zerowy dorobek punktowy, lecz jesli w następnym meczu Pasy przegrają, to sytuacja może być jeszcze gorsza niż wtedy. Szykuje się więc kolejny, czwarty już sezon walki o utrzymanie.

W normalnym klubie, trener po takim początku sezonu wyleciałby z hukiem. W normalnym - ale Cracovia jest specyficzna. Przy Kałuży, trenerów zatrudnia się i zwalnia w bardzo specyficzny sposób, co napędza błędne koło, a próby wyjścia z tego koła nie kończą się dobrze. Od ponad trzech lat pracują tu przeciętni (z wyjątkiem Oresta Lenczyka) trenerzy, którzy może sprawdzają się dobrze w roli strażaków, ale fatalnie jako ci, którzy mają popchnąć klub do przodu, gdy już wyjdzie na prostą. Bo specyfika tego klubu polega na czymś jeszcze - przed sezonem szumnie zapowiada walkę o najwyższe cele, co przy takich możliwościach finansowych wydaje się być oczywiste. Potem, zamiast tego, kończy się na walce o utrzymanie.

W tej chwili trenerem jest Jurij Szatałow. Głupio w tym momencie faceta zwalniać. Po pierwsze, dlatego że jednak nie wypada pozbywać się osoby, dzieki której w ogóle można w tym sezonie grać na piłkarskich salonach. Gdyby nie ciężka praca tego trenera, to zamiast derbów z Wisłą, piłkarze Pasów jeździliby na derby do Niecieczy. Zapewnienie utrzymania tej druzynie w zeszłym sezonie byłą mission impassible, a Szatałowowi się to udało. Jednak będąc bardziej pragmatycznym, jest też drugi powód: w tej chwili nie wiadomo, czy jakakolwiek zmiana coś da. W Cracovii będą do końca wierzyć, że drużyna zacznie wygrywać, a dopiero gdy to się nie uda, przyjdzie pora na zmianę trenera.

Ostatni raz Cracovia była pewna utrzymania w 2008 roku, gdy zajęła pod koniec sezonu, siódme miejsce w tabeli. Rok wcześniej zajęła czwarte i był to najlepszy wynik tego klubu, odkąd gra w Ekstraklasie od sezonu 2004/05. Obydwa te rezultaty to zasługa trenera, Stefana Majewskiego, a więc przeciętnego szkoleniowca, bez większych sukcesów. O ile jednak w sezonie 2006/07 i 2007/08 Cracovii "żarło" dośc dobrze, co sprawiło, że Majewski pozostał na stanowisku, o tyle sezon 2008/09 był już katastrofą.

Majewski prowadził Pasy w 10 kolejkach, w których przegrał pięć spotkań, cztery zremisował i wygrał zaledwie jedno. To był bilans i tak lepszy, od obecnego, ale cały czas fatalny. Właściciel Cracovii, Janusz Filipiak (zwany profesorem)długo ociągał się z decyzją o zwolnieniu Stefana Majewskiego (zwanego doktorem), co uzasadniał słowami:
- Obowiązek naprawienia spoczywa na trenerze Majewskim. On i piłkarze muszą z tego wyjść. Spotykałem się z nimi przed wyjazdem na meczu Pucharu Polski z Górnikiem Łęczna. Kolejny raz powiedziałem im, że zwolnienie trenera nikogo nie rozgrzeszy. Mamy nowego trenera i gramy od nowa? 

Miarka się w końcu przebrała i Majewski pożegnał się z funkcją szkoleniowca tej drużyny. Wszystko byłoby dobrze, gdyby tylko zastąpić go poważnym szkoleniowcem. Niestety, na jego miejsce przyszedł trener Artur Płatek, którego klasa trenerska była podobna, lub jeszcze niższa od Majewskiego. Kolejny przeciętniak, który ugasił pożar... chociaż, w sumie czy aby na pewno?

Sezon 2008/09 Cracovia skończyła z 30 punktami. "Doktor" w 10 kolejkach uciułał 7 punktów, Płatek w 20 zdobył resztę - czyli 23. Pasy zajęły przedostatnie miejsce w tabeli, czyli zgodnie z przepisami, powinny spaść. Na dobrą sprawę, ten trener nie dokonał cudu, bo nie utrzymał drużyny w lidze. Cracovia pozostała jednak w Ekstraklasie, na skutek nieprzyznania ŁKSowi licencji na grę w lidze, co było w dużej mierze wynikiem działań działaczy tego klubu. Płatek w klubie pozostał, choć na dobrą sprawę niczego nie osiągnął. Błędne koło zatem trwało.

W następnym sezonie szybko się jednak tego szkoleniowca pozbyto - po dwóch kolejkach rozgrywek 2009/10. Bilans był naprawdę kiepski - 0 punktów w dwóch meczach, stosunek bramek: 2:8. Zastąpił go Orest Lenczyk, a więc tym razem klub zanotował spory skok jakościowy. Z problemami, jednak utrzymał on w Ekstraklasie druzynę z Kałuży, która na koniec sezonu zajęła w tabeli 12 miejsce. Dość słabo jak na tego szkoleniowca, bo mając do dyspozycji prawie cały sezon, nie wywalczył czegoś więcej ponad utrzymanie. Jak się później okazało, był to i tak znakomity wynik.

Po sezonie Lenczyka zwolniono, a zastąpił go Rafał Ulatowski. Wrócono więc do przeciętnych trenerów. Ulatowski został szkoleniowcem, bo miał się sprawdzić we współpracy z dyrektorem sportowym, a klub miał w końcu osiągać sukcesy. Rzeczywistośc okazałą się brutalna - w 10 kolejkach "Ula" zdobył zaledwie cztery punkty, czyli mniej niż Majewski przed dwoma laty.  Sukcesem było w ogóle to, że poprowadził tę drużynę w 10 meczach, bo po raz kolejny przy Kałuzy wykazali wyjątkową cierpliwośc do tak słabych wyników. Następcą Ulatowskiego został Jurij Szatałow - kolejny przeciętny trener, który miał się sprawdzić jako strażak. No i się sprawdził - runda wiosenna należała do Cracovii, a druzyna zapewniła sobie utrzymanie.

Błędne koło trwa i znowu "strażak", który ugasił pożar, pozostaje na stanowisku. Na dłuższą metę, mozna jednak wątpić, czy cokolwiek będzie się dało wykrzesać z tej drużyny. Szatałow to kolejny trener bez sukcesów, zwykły przeciętniak, który nie pociągnie zespołu przynajmniej do czołowych miejsc w tabeli. Znając zycie, nadal ma kredyt zaufania, który w przypadku kolejnych wpadek się wyczerpie - na jego miejsce zostanie zatrudniony kolejny szkoleniowiec tej klasy, by ugasić pożar, choć tym razem może się to nie udać...

W całej swojej historii, Cracovia najdłużej grała na najwyższym poziomie rozgrywkowym przez osiem sezonów, a było to jeszcze przed wojną. Teraz znowu gra swój ósmy sezon, nieprzerwanie od 2004 roku, więc kolejny sezon szykuje się tym, w którym bedzie się starała oszukać przeznaczenie.

15:10, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 września 2011

Ile jeszcze spotkań będzie musiał zawalić Arkadiusz Głowacki, żeby ktoś się w końcu otrząsnął i stwierdził, że z tym piłkarzem nie mamy czego szukać w grze na poziomie reprezentacyjnym? Kilkanaście miesięcy temu Franciszek Smuda uznał, że to na tym zawodniku będzie chciał zbudować formację defensywną, choć żadne logiczne przesłanki nie wskazują na to, że jest to dobra decyzja.

Budowanie defensywy na Głowackim ma taki sam sens, jak budowanie jej na Wałdochu czy Hajcie, którzy już nie grają czynnie w piłkę. To nie chodzi o to, że "Głowa" jest jakimś szczególnie słabym piłkarzem, ale jest on nie dośc że okropnie pechowy, to jeszcze popełnia karygodne błędy w ważnych meczach. Wczoraj był bliski skompletowania "hat-tricka" - sprokurował karnego, dostał czerwoną kartę, a niewiele brakowało by strzelił samobója. Gdyby mu się udało, byłaby to kwintesencja jego gry. Wyjątkowa synteza pecha i głupoty w jednym.

Od roku "Głowa" gra w Trabzonie, gdzie już się przekonali, że na tego zawodnika nigdy nie mogą liczyć. Co z tego, że gdy gra to czasem uchroni przed stratą bramki, skoro co chwilę jest kontuzjowany? Ledwo wskoczy do składu, już łapie kolejną kontuzję. Potem wraca i dostaje czerwoną kartkę. Nie dziwi więc, że Turcy zaczęli szukać dla niego zastępcy. My też powinniśmy - to zbyt niepewny piłkarz, by na nim opierać jakikolwiek wariant budowy drużyny. Głowacki nie gra w piłkę od niedawna, to już doświadczony i coraz bliższy emerytury zawodnik, więc nie możemy liczyć, że kiedyś będzie z nim lepiej, że talent pozwoli mu na wyeliminowanie błędów. Kiedyś zawalił mecz z Anglią, z Finlandią, dziś z Niemcami, a to tylko przykłady. Bo czy np. z Litwą kilka miesięcy temu nie popełnił błędu, po którym padła bramka?

Czasami trzeba powiedzieć "dość" i to jest właśnie ten moment. Bez Głowackiego sobie poradzimy, a może poradzimy sobie dzięki temu, że go nie bedzie.

13:55, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 września 2011

Dawno się tak nie uśmiałem, jak podczas dzisiejszego meczu. Jeśli to miał być pojedynek frajerów, to ciężko byłoby wskazać zwycięzcę. Z jednej strony Niemcy nie zrobili nic wygrać, z drugiej, Polacy robili wszystko, żeby nie zwyciężyć. 2:2 to za mało dla zrelacjonowania przebiegu meczu. Najpierw Niemcy frajersko stracili bramkę, mimo symulki Dudki, potem Polacy frajersko stracili gola, po karnym Głowackiego, nastepnie Niemcy frajersko dali Polakom karnego, a na koniec Polacy frajersko dali sobie wbić bramkę po błędzie Wawrzyniaka. Trudno wybrać większego frajera - czy był nim ten, kto miał historyczną szansę na zwycięstwo, czy ten, kto nie potrafił rozbić słabej obrony druzyny grającej w dziesiątkę?

"Szkoda. Nie udało się, ale może uda się podczas finałów Mistrzostw Europy" - tekst Darka. Mój komentarz: buahahaha.

 

Hahaha, ten mecz jest niesamowity. W ostatniej sekundzie Niemcy zdołali wyrównać. Dzięki komu - dzięki Wawrzyniakowi. Lubański jest tak wkurzony, że gdyby mógł, to by lewemu obrońcy mógł przypierdolić.

93 - o w pizdę.

91 - no bez jaj. Polacy wygrywają z Niemcami 2:1, po wyegzekwowanym karnym przez Błaszczykowskiego. Cud.

90 - rzut karny dla Polski!

85 - jeśli według PZPNu tak ma wyglądac doping na stadionie - mdło i bezbarwnie, to przynajmniej pozwólcie przynosić na stadiony wuwuzele

83 - Niemcy to frajerzy. Grając przeciwko obronie złożonej z Glika, Głowackiego i Wawrzyniaka powinni prowadzić z 5 do zera. Teraz grają w przewadze, a nadal nic z tego nie wynika.

81 - no ja pierdolę. Głowacki dostaje drugą żółtą i schodzi z boiska. Temu panu już podziękujemy.

Czemu komentatorzy TVP ciągle powtarzają brednie o tym, jak to dobrze współpracuje Brożek z Lewandowskim? Ile oni zagrali meczów razem? Trzy, cztery?

79 - schodzi Lewandowski, wchodzi Brożek.

77 - różnica między nami a Niemacmi jest taka, że my mamy Szczęsnego i Lewandowskiego, a Niemcy Głowackiego i Peszkę

76 - zadaję jeszcze raz to pytanie: czy ci na czarno to na pewno Niemcy, czy jakieś sobowtóry?

72 - schodzi Perquis po dość dobrym debiucie, zastępuje go Kamil Glik. Teraz gole już będą padać tylko dla Niemców.

Ile jeszcze karnych, kontuzji, samobójów i czerwonych kartek musi sprowokować Arkadiusz Głowacki, żeby wreszcie przestał być powoływany do kadry? No ile?

69 - no i mamy już 1:1. Toni Kroos egzekwuje jedenastkę.

67 - Głowacki w pełnej krasie. Właśnie załatwił rzut karny.

65 - z innych boisk: Luksemburg wygrywa 2:1 z Albanią, Słowacja przegrywa 0:4 z Armenią. Cuda się dzieją dziś w futbolu.

60 - Murawski udowodnił, że jest na boisku - zdecydował się na strzał z dystansu. Całe szczęscie, bo bez tego nie wiedziałbym, że jest na boisku.

56 - "już rusza Kakao" - zgadnijcie kto o kim powiedział takei słowa?

54 - GOOOL! I to kto strzelił? Robert Lewandowski. Co więcej - do niemieckiej bramki. Mecz cudów.

53 - mecz cudów. Niemcy jeszcze nie strzelili gola, a Szpaku dopiero teraz zacytował statystykę z Tygodnika Kibica

50 - ponieważ mecz odbywa się w Gdańsku, Zdzisław Kręcina będzie mieć nie lada zagwozdkę, jak powrócić do Warszawy. Samolot chyba odpada, najlepiej byłoby zamówić autokar po znajomości z PZPNu, który wyjechałby z Warszawy, przyjechał do Gdańska i odwiózł Zdziśka do siedziby. Kiedyś w taki sposób wynajmowano autokar do przewiezienia młodzieżówki, stacjonującej właśnie w Gdańsku

48 - obie strony robią wrażenie jakby machnęły ręką na to spotkanie

46 - rozpoczęła się druga połowa, a tymczasem TVP serwuje wywiad z przerwy meczu ze Szczęsnym.

***

Swoją drogą, to czy Błaszczykowski musi grać w każdym meczu? Czy gdyby nie wyszedł dziś na boisko, to zauważylibyśmy różnicę? Na razie Kuba gra taki piach, że aż się przykro robi.

***

Za bezbramkowy remis do przerwy, odpowiadają dwie osoby: Wojciech Szczesny, który broni wszystko, oraz Sławomir Peszko, który pierdoli wszystkie stuprocentowe sytuacje. Byłemu graczowi Lecha Poznań piłka najwidoczniej przeszkadza w grze, dlatego nie powinno dziwić, że w FC Koeln nie rozgrywa ostatnio pełnych meczów. Co innego Wojtek - ten bramkarz ma to do siebie, że znacznie lepiej idzie mu w kadrze, niż w klubie. Wynikać to może chyba z tego, że w Premiership to jednak ciągle gra się o punkty, a rywale Polaków grają wszystko bez żadnej presji i parcia na wynik.

***

Jeżeli ktoś się łudzi, że Peszko strzeli kiedyś jakąs bramkę w Bundeslidze, to się tego raczej nie doczeka.

44 - Peszko...

41 - jak słaba musi być defenywa Arsenalu, skoro potrafi dopuścić do straty ośmiu goli, pomimo tego, że w bramce ma Szczesnego? Na razie to Szczesny wybronił wszystkie piłki, które powinny być golami

40 - na ogół to rywale sprowadzają nas do swojego poziomu, teraz to my uśpiliśmy Niemców. Nudy...

38 - sensacja, Niemcy jeszcze nie wygrywają

32 - mało brakowało, a gola dla Niemców zdobyłby Głowacki

31 - po raz kolejny dopisuje nam Szczęsny szczęscie

29 - Szpakowski nazwisko Traescha wypowiada jakby miał odruch wymiotny

28 - Peszko po raz drugi fatalnie pudłuje, tym razem trafiając w boczną siatke. Zagadka: w co jeszcze trafi Peszko, mając czystą pozycję: a)w słupek, b)w poprzeczkę, c) w sędziego liniowego?

27 - podobno Podolski miał się o coś założyć z Peszką przed meczem z Niemcami. Na razie wyglada to na zakład w stylu: "o ile idziesz, że nam się nie będzie chciało?"

24 - ci w czarnym to naprawdę Niemcy?

22 - Podolski strzela, ale ze spalonego.

20 - Perquis>Wawrzyniak. To co wybronił Damien, Kuba musiał zjebać. Dobrze, że Klose nie wykorzystał sytuacji, jaką stworzył mu Wawrzyniak

18 - mecz przypomina spotkanie z Meksykiem, co może dziwić, bo jednak spodziewałem się szybszego tempa gry. Może to kibice usypaiają piłkarzy swoim dopingiem?

16 - ach, faktycznie, Wawrzyniak też gra an boisku

15 - Loewa i Smudę wiele dzieli, ale obaj lubią dłubać w nosie

13 - Perquis kontuzjowany. Przez Mierzejewskiego

12 - jak na razie sytuacje Niemców broni Szczęsny, a sytuacje Polaków marnują Polacy...

11 - ależ okazja Peszki! Tak dobrze trafiać w nogi bramkarza chyba nikt nie potrafi

9 - Szczęsny broni strzał Lahma. Wszystko byłboy dobrze, gdyby nie to, jak łatwo Lahm doszedł do takiej okazji

7 - dzięki akcji Mierzejewskiego możemy wreszcie powiedzieć, że wyszlismy z włąsnej połowy

5 - sądząc po dotychczasowym przebiegu spotkania, sukcesem będzie jeśli nie przegramy 0:5...

2 - chciałbym zapisać, jak Szpakowski wymawia Traesh, ale niestety, nie da się tego oddać literami

1- mecz już się zaczął.

A jednak Smuda zaskoczył wszystkich: zagra i Peszko, i Mierzejewski, a nie będzie Obraniaka.

***

Obecnie mamy rozdawanie wyróżnień dla Żewłakowa i Krzynówka, choć nie bardzo wiadomo za co? Przecież obaj z nich już dawno skończyli reprezentacyjną karierę, w klubie wybitnego reprezentanta też są od wielu lat.

***

Ten hymn Niemiec to był puszczony na serio?

***

Szpakowski twierdzi, że dziś następuje otwarcie stadionu PGE w Gdańsku. Podeślijcie mu numer Przeglądu Sportowego sprzed kilku tygodni, żeby przeczytał sobie, że stadion otwarty został już wcześniej, meczem Lechii Gdańsk z Cracovią.

***

Małecki nie gra w wyjściowym składzie i oby tylko okazało się, że znajdzie się przynajmniej na ławce rezerwowych. Gdyby miał oglądać to spotkanie z trybun, to chyba nie przeżyłby perspektywy siedzenia wśród tylu pikników zajmujących się gwizdaniem i jedzeniem kiełbasy.

***

Mecz będzie komentował duet Szpakowski - Lubański. To oznacza, że będziemy słyszeć o "Szwajcajgerze" i "Mercersaherze", Tygodniku Kibica, serdecznym przyjacielu Mortenie Olsenie i wyobrażaniu sobie, co dzieje się w niemieckich/polskich domach.

***

W dzisiejszym spotkaniu zadebiutuje Damien Perquis. To oznacza, że wreszcie mamy na środku obrony piłkarza, który gra od kilku lat w poważnej, zachodniej lidze i tylko szkoda, że zaczyna grać w naszej kadrze dopiero teraz. To jeden z niewielu piłkarzy, którzy choć urodzeni za granicą, od dawna chcieli grać dla naszej reprezentacji.

***

O ile nasi piłkarze nie są może zawodnikami najwyższych lotów (czyt. "ogórkami"), o tyle dziennikarze "sportowi" TVP to żenada większa niż kadra młodzieżowa Majewskiego. Patyra, Kurowski, Iwański, Jasina - cholera, według jakiego klucza ktokolwiek dobiera ich do prowadzenia studia w meczach reprezentacji? To działa na takiej zasadzie, jak zatrudnienie Agnieszki Olejkowskiej w PZPNie?

***

Polacy zagrają składem: Wojciech Szczęsny - Marcin Wasilewski, Arkadiusz Głowacki, Damien Perquis, Jakub Wawrzyniak - Jakub Błaszczykowski, Dariusz Dudka, Rafał Murawski, Ludovic Obraniak, Sławomir Peszko - Robert Lewandowski. Specjalnie do spotkania przygotowywał się Wojciech Szczesny - w ostatnim meczu Arsenalu z Manchesterem United wyjmował aż ośmiokrotnie piłkę z bramki. Teraz może być podobnie. 

***

Franciszek Smuda: Nie interesuje mnie specjalnie, w jakim zestawieniu zagrają rywale, i kogo w ich szeregach zabraknie. To nie mój problem. Jedno pytanie: kogo to ma interesować bardziej niż selekcjonera? 

***

Roman Kołtoń na interii.pl, pisze o sensacji w składzie reprezentacji Polski! Podobno Peszko ma zagrać za Mierzejewskiego! A to news - coś czuję, że teraz Niemcy zesrają się ze strachu i cała ich taktyka i rozpracowanie rywala posypie się jak domek z kart. 

***

Statystyk chyba nie warto przytaczać, zwłaszcza, że jedną trzecią z nich napisałem przed chwilą: jeszcze nie wygralismy. Zostały więc przegrane i remisy. Tu warto wspomnieć o tym, że ostatni raz zremisowaliśmy z Niemcami w 1978 roku (0:0). To jeszcze były czasy gdy Mirosław Hermaszewski latał sobie w kosmos, Andrzej Strejlau był trenerem Legii, a Ałła Pugaczowa śpiewała w Sopocie. Cholernie dawno temu.

***

Z Niemcami jeszcze nigdy nie wygraliśmy stąd też przed każdym meczem z tym rywalem zawsze powtarzamy sobie: może dzisiaj? Tak mówił Janas na Mundialu 2006, a potem Listkiewicz, gdy okazało się że zagramy z nimi na Euro 2008. Dziś powtarzamy sobie również te słowa - "może dzisiaj". Niestety, mam złą informację - to jeszcze nie dzisiaj. I za rok też nie.

***

Przed nami wazny mecz z Niemcami, zatem relacja LIVE musi się pojawić.Początek ok. 20.30

 

(no dobra, żart z tym ważnym meczem, dla Niemców to sparing jak każdy inny)

19:43, wankuwer
Link Komentarze (1) »
niedziela, 04 września 2011

Ta wiadomość spadła na nasz piękny, nadwiślański kraj jak grom z jasnego nieba: najlepszy klub świata, FC Barcelona, otwiera w Warszawie swoją szkółkę. Escola Varsovia ma wychowywać polskich młokosów na futbolistów pełną gębą, którzy za jakiś czas będą grać na stadionach całego świata ku chwale Polski - no i oczywiście katalońskiego giganta. Szczegółów póki co brak, wiadomo na razie tyle, że będzie to obiekt stworzony na podobieństwo sławnej "La Masii". Takich szkółek na całym świecie Barcelona uruchomiła już kilkanaście - m.in. w Meksyku, Egipcie, Kuwejcie, Dubaju czy Japonii.

Więcej informacji otrzymamy prawdopodobnie w czwartek na konferencji prasowej. Warto w tym miejscu przypomnieć, że wychowankiem barcelońskiej szkółki są np. Leo Messi, Xavi czy Andres Iniesta. Chyba lepszej rekomendacji nie trzeba.

Wspomniałem, że podobne szkółki funkcjonują w wielu krajach, na przykład w Japonii. I właśnie z Japonii pochodzi chłopaczek, którego wyczyny na boisku zawojowały ostatnio internet. Filmik z jego grą szokuje - a przynajmniej zaszokował mnie. Ów młody człowiek ma 9 lat, a swoim stylem przypomina jako żywo Leo Messiego...

To tylko część tekstu. Więcej przeczytasz na portalu FootballBlog.pl

22:15, wankuwer
Link Dodaj komentarz »

Robert Maaskant jest trenerem Wisły Kraków już nieznacznie ponad rok, ale prawdziwym bohaterem stał się względnie niedawno - w maju, zaś od paru tygodni nastąpił kolejny zwrot akcji - coraz więcej osób widzi w nim antybohatera. Co musi dziwić, przynajmniej z paru powodów.

Najpierw podsumujmy osiągnięcia: zdobycie mistrzostwa Polski przez Wisłę to niewątpliwie sukces. Drugim niech będzie to, że wreszcie Wisła zagra jesienią w europejskich pucharach - na co przy Reymonta trzeba było czekać od od 2006 roku. Krótko mówiąc - wydobył Białą Gwiazdę z zapaści.

Wprawdzie Robert Maaskant trenuje krakowski klub cały rok, to jednak dopiero od stycznia/lutego mozna mówić o jego drużynie. Gdy holenderski szkoleniowiec przychodził do Krakowa, nie miał praktycznie żadnego wpływu na kadrę Wisły i trzeba było opierać się na tym, co było. Co więcej, tamta drużyna była całkiem w rozsypce, po nieudanym come backu Kasperczaka i tymczasowym okresie pracy Tomasza Kulawika. Autorska Wisła Maaskanta rozpoczęła się więc dopiero wtedy, gdy klub zasilił Melikson, Genkow, Jaliens i Pareiko, którzy są w tym klubie do dziś.

Jeszcze w połowie sierpnia, Maaskant był w Krakowie bohaterem. Pytanie, czy przez ten czas coś się zmieniło? Na dzień przed meczem z APOELem, holenderski szkoleniowiec był trenerem, który zdobył z Białą Gwiazdą mistrzostwo Polski i nie awansował do fazy grupowej LM. Dzień po meczu, sytuacja była identyczna - bilans sukcesów i porażek pozostał taki sam. Maaskant nadal był trenerem z mistrzostwem na koncie i bez fazy grupowej. Różnica jest tylko jedna: w poniedziałek, 22 sierpnia była nadzieja, w środę 24 była pewność, że cud się nie zdarzył. Tyle.

Czy wobec tego Maaskant jest dziś gorszym trenerem niż przed rewanżem na Cyprze?

Nie. Co najwyżej nie jest o tę odrobinkę lepszym, bo nie może sobie dopisać do CV awansu.

Powiedzmy sobie szczerze: tamten awans to była kwestia jednej bramki. Czy ta jedna bramka powinna rzutować na ocenę pracy trenera? Zdecydowanie nie. Wisła była najbliżej fazy grupowej Ligi Mistrzów od 2005 roku, a więc od sześciu lat. Ostatni raz grała w fazie grupowej europejskich rozgrywek jesienią 2006, kolejne pięć lat to zapaść.

Holenderski szkoleniowiec zdobył mistrzostwo (po rocznej przerwie) i dał awans do Ligi Europy (po pięciu latach) więc pchnął trochę ten klub do przodu. Znacznie czy nieznacznie - o tym przekonamy się dopiero za jakiś czas. Jedyne do czego można się przyczepić to jest brak stylu. Po takim okresie pracy drużyna powinna grać już w jakiś konsekwentny i przemyślany sposób, akcje powinny się zazębiać i być powtarzalne - a tego w Wiśle brakuje. Twierdzenie, że jej gra opiera się na indywidualnościach jest banałem powtarzanym przez wielu - co jednak dotąd nikomu nie przeszkadzało.

Robert Maaskant ma też jeszcze jeden problem, ale chyba bardziej natury psychologicznej. Zanim przyszedł do Wisły był trenerem holenderskich średniaków - a tam specyfika ligi wygląda tak, że w lidze dominuje wielka trójka: PSV, Ajax i Feyenoord (od niedawna dołączył do niej Twente Enschede). Klub ze średniej półki ma za cel grać jak najbardziej bezpiecznie - tak by się utrzymać i najlepiej zakwalifikować do pucharów, nie zaliczając solidnej wpadki z potęgami. Specyfika polskiej ligi jest znacznie inna - mówi się, że u nas też jest niby ta mityczna wielka trójka - jednak w praktyce, każdy może wygrać z każdym. Jakby jednak na to nie patrzeć, Wisła co roku gra o mistrzostwo. A Mistrzostwa zdobyć się nie da grając asekuracyjnie. Podobnie jak nie da się wejść do Ligi Mistrzów poprzez bardzo bezpieczną taktykę - trzeba czasem zaryzykować, zmienić taktykę, postawić na kogoś mniej sprawdzonego - a tego w meczach brakowało.

Mimo to, błędy są po to, żeby się na nich uczyć. Na nich też buduje się swoje doświadczenie. Nie wyciągajmy zbyt szybko negatywnych wniosków, co chyba niektórzy już uczynili. Od 15 lat żaden trener nie wprowadził polskiej drużyny do Ligi Mistrzów. Maaskant nie jest w tym wyjątkowy.

22:08, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48