Z pierwszej piłki
piątek, 14 października 2011



Dziennikarze w naszym kraju mają niezwykłą skłonność do rozdmuchiwania najbardziej błahych spraw, tudzież prześcigania się w spekulowaniu najbardziej bzdurnych informacji transferowych. W zasadzie, gdyby wierzyć naszych sportowym redaktorom, to Polacy graliby już w największych klubach Europy, bo cenią ich tam aż do tego stopnia, że żaden wielki klub na serio się polskimi piłkarzami nie interesuje.

Wojciech Szczęsny miał już grać w Barcelonie, zaś Grzegorz Sandomierski w Chelsea, a teraz dowiadujemy się, że Bartosz Salamon miałby przenieść się do AC Milan, choć zainteresowanie nim wykazywał też... Pep Guardiola pod kątem Barcy. Każdy kto choć minimalnie interesuje się futbolem, zauważy że Barcy jednak nie interesuje żaden drugoligowiec, bo wystarczy spojrzeć na jej dotychczasowe transfery:

- Cesc Fabregas (Premiership)

- Alexis Sanchez (Serie A)

- Adriano (Primera Division)

- David Villa (Primera Division)

- Javier Mascherano (Premiership)

- Ibrahim Affelay (Eredivisie)

Owszem, jeden drugoligowiec się pojawił, ale był to Thiago Alcantara, który dotychczas grał w Barcelonie B, więc jest wychowankiem tego klubu, a w Barcelonie zdolni wychowankowie są szczególnie mile widziani.

Na Milan też nie ma co liczyć, bo środkowych pomocników mają tam na pęczki. Salamon, owszem, może zmienić klub na pierwszoligowy, ale na żaden topowy nie ma co liczyć. Nie tym razem - co najwyżej za kilka lat, gdy nabierze doświadczenia.

Podnoszona jest też kwestia transferu do Milanu, Ivo Pękalskiego. Nie wiem, czy polskie media wyobrażają sobie, że nagle mediolański klub pozyska dwóch potencjalnych reprezentantów Polski, bo jest to baaardzo mało prawdopodobne, by nagle dwóch młokosów miało trafić na jedną pozycję. Jeśli już któryś z nich miałby tam trafić, to tylko jeden z nich, a od tego Milan ma skautów, by wybrać tego lepszego. Pękalskiego do Milanu miał polecać Zlatan Ibrahimović, co jest całkiem możliwe, jednak absolutnie nie przesądza o transferze.

Takie newsy pobudzają jednak wyobraźnię i są dobrym tematem dla mediów, bo o obydwu zawodnikach wiemy na dobrą sprawę bardzo mało. Obaj są młodzi, niedoświadczeni, nie wiemy na co ich do końca stać i z tego powodu, nie można do końca przesądzić o tym, że na pewno do wielkich drużyn nie trafią. Podniecać się jednak też nie ma sensu, bo nie takie newsy okazywały się plotkami.

20:15, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 października 2011

Zanim w listopadzie zagramy z Włochami i Związkiem Radzieckim, dobrze będzie wyciągnąć wnioski ze spotkania z Białoruską Socjalistyczną Republiką Radziecką. Tow. Franciszek Smuda z pewnością jest zadowolony z postawy swoich podopiecznych, którzy wygrali 2:0. Przed reprezentacją Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej jeszcze spotkania z Jugosławią i Czechosłowacją, a także z zaprzyjaźnioną Chińską Republiką Ludową.

Nie wiem, czy wypowiedż Smudy to freudowska pomyłka, przejęzyczenie, debilizm czy nieznajomość podstawowych faktów z zakresu geografii i historii, ale palnięcie takiej głupoty w momencie, gdy Jan Tomaszewski podważa zdanie matury przez selekcjonera, jest nie tyle strzałem w stopę, co w okolice głowy. Widać wyraźnie, że PZPN to ciągle komunistyczny beton, który nie orientuje się nie tylko w kwestiach nowoczesnego szkolenia piłkarzy, ale też w obecnej geopolityce, którą może pobieżnie ogranąć każdy, kto weźmie do ręki gazetę. No, ale do tego potrzebna jest jeszcze umiejętność czytania.

Polska wygrała dziś z Białorusią, co jest w dużej mierze zasługą naszych sąsiadów ze Wschodu - po pierwsze nie przeszkadzali nam w grze, po drugie sami sprawiają wrażenie nieco słabszych od nas. Być może wrażenie to było potęgowane przez transmisję, której nie powstydziłby się Dalin Myslenice w meczu z Wisłą. Generalnie Polacy kontrolowali grę, a Białorusini nawet nie wysilali się ku temu, żeby przynajmniej zdobyć bramkę. Dzięki temu moglismy wreszcie zagrać na zero z tyłu, choć tu duży udział miał też brak Arkadiusza Głowackiego.

Fatalnie zagrał "szybki jak wiatr" Peszko i to pomimo dobrej asysty przy bramce Lewandowskiego. Gra Peszki to typowe mydlenie oczu: co chwilę się zrywa do przodu i udaje, że konstruuje akcję, po czym traci każdą piłkę. Nie wiem, czy w pierwszej połowie, zdołał chociaż raz utrzymać piłkę, czy wszystkie padły albo łupem obrońców Białorusi, albo ofiarą jego niecelnego podania. Wprawdzie jego wpadki nie były dziś tak spektakularne jak w meczu z Niemcami, ale warto się zastanowić, czy za niego nie powinien grać w kadrze Kamil Grosicki.

Ale skupmy się na pozytywach, a takimi na pewno są dwie osoby - Robert Lewandowski i Jakub Błaszczykowski. Obydwaj są wielkimi piłkarzami, jak na nasz słaby pod tym względem, naród, choć co może martwić - cała ofensywa na nich się opiera i do nich sprowadza. Tym bardziej dziwi wystawianie do pierwszego składu Pawła Brożka, który na boisku był widoczny najbardziej wtedy, kiedy z niego schodził. Lewy i Kuba strzelają gole już w trzecim, kolejnym meczu i zaciemniają tym trochę obraz gry Biało-Czerwonych, ale przynajmniej dzięki nim unikami porażek.

Jednymi z najlepszych na boisku byli też Eugen Polanski i Damien Perquis, którzy w reprezentacji Polski debiutowali niedawno. Ten pierwszy pokazuje, że jest w stanie być potencjalnym wzmocnieniem i grać na znacznie lepszym poziomie, niż w sierpniu z Gruzją. Przechwyty, podania i wyprowadzanie akcji wykonuje naprawdę bez zarzutu. Perquis z kolei stanowi pewny punkt obrony, a dziś miał nawet szanse na strzelenie bramki.

Nie łudźmy się jednak, że mamy szansę na yjście z grupy na Euro. Dziś zakończyły się kwalifikacje i wiadomo na pewno, że trafimy na którąś z drużyn z drugiego koszyka: Niemcy, Anglię, Włochy lub Rosję, co już na wstępie źle wróży. W trzecim koszyku znajduje się (na pewno) Grecja, Szwecja i Dania, a w czwartym Francja. Do tego dochodzą drużyny, które będą grać baraże - Turcja, Chorwacja, Portugalia, Czechy, Irlandia, Estonia lub Bośnia i Hercegowina. Niczego dobrego to nie wróży i można już powoli oswajać się z myślą, że zakończymy ten turniej po trzech meczach.

23:32, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 października 2011

Nie ma większego sensu pytać, czy słusznym był wyjazd tak daleko, żeby rozegrać słaby mecz. Więcej sensu ma pytanie, czy ten mecz należało w ogóle rozgrywać - bez znaczenia czy w Korei, czy w Polsce. Zwykła beznamiętna kopanina z raczej zblazowanym przeciwnikiem dała naszym piłkarzom tyle, co jej brak.

Kilka miesięcy temu rozgrywaliśmy mecz na podobnym poziomie, tylko że wtedy walczyli sami ligowcy. Był to mecz ogórków: Polski z Mołdawią. Też nam się udało przez przypadek osiągnąć dobry rezultat, ale porównując naszą grę do tego, jak prezentują się naprawdę poważne drużyny, to było cieniutko. Ktoś może powiedzieć, że liczy się wynik, a nie gra, jednak z taką grą to my na Euro nie mamy czego szukać. Obydwa gole dla Polski były naprawdę przypadkowe - przy pierwszym mielismy powtórkę z meczu Lech - Jagiellonia i akcji Stilicia z Rudnevsem. Drugi to niesamowity pech obrońcy Korei. Owszem, polscy piłkarze (Błaszczykowski i Lewandowski) wykazali się w tych sytuacjach trzeźwością umysłu, no ale jednak nie można liczyć na to, że w każdym meczu przeciwnik bedzie się mylił - liczyć trzeba, przede wszystkim na siebie. Dziś możemy mówić głównie o cudzie.

Akcje Polaków były tak nieskładne, głupawe i bezsensowne jak ten filmik:

 

Wielka szkoda, że prawdziwą siłę naszej kadry poznamy dopiero na Euro. Meczów towarzyskich z Polską nikt nie traktuje na serio, wystawiane są składy rezerwowe, a piłkarze drużyn przeciwników zwyczajnie przechodzą obok meczu. Koreańczycy mimo to zbudowali kilka składnych akcji, czyli więcej niż Polacy, choć pewnie gdyby na bramce stał Szczęsny, a nie Fabiański, to nie musiałyby by one wyjść. Gra przeciwnika ożywiła się, gdy na boisko wszedł Park Chu-Young, na ogół podstawowy zawodnik tej kadry. On też strzelił obydwa gole dla Korei i pewnie, gdyby grał od początku spotkania, to byłoby ich więcej.

Podobno koreańska federacja miała nam coś odpalić za ten sparing. Jeśli tak, to jest to jedyny pozytyw wycieczki na koniec świata. Nasza drużyna pokazała, że jej mecze powinny być organizowane jak najmniejszym kosztem, bo zwyczajnie, nie ma za co płacić. W końcu w rozgrywkach amatorskich nie gra się dla pieniędzy.

16:14, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 października 2011

Już w przyszłym tygodniu, Wisła Kraków przywita kibiców na swoim stadionie, na którym będą otwarte już wszystkie trybuny. Tym samym, po siedmiu latach (prze)budowy, stadion wreszcie został w całości oddany do użytku i to za niebagatelną kwotę - 550 milionów złotych.

W przeliczeniu na euro, daje to blisko 128 milionów. To wprawdzie "zaledwie" kilka milionów więcej niż otwarty przed miesiącem stadion Juventusu, ale i tak daje pewien pogląd na to, jak to wygląda w Polsce, a jak we Włoszech. Po pierwsze, stadion z Turynu został przeznaczony dla 41 tys. kibiców, zaś ten krakowski, dla 33 tysięcy. Powstał w dwa lata, natomiast stadion przy Reymonta został ukończony dopiero po siedmiu. Wprawdzie prace związane z budową stadionu Juventusu trwały od 2006 roku, ale w czasie gdy Wisła swój stadion nieudolnie modernizowała, włodarze Juve zdołali rozebrać stary Stadio delle Alpi, a potem wybudowac całkiem nowy obiekt. I to za mniejsze pieniądze!

Jest jeszcze jedna wazna rzecz, różniąca turyński stadion od stadionu w Krakowie, ale też każdego innego w Polsce - Turyńczycy swój obiekt zbudowali z własnych funduszy. Sami wykupili grunt od miasta i sami dokonali wszystkich późniejszych prac. Może właśnie dzięki temu udało się zbudować w miarę duży i ładny stadion za rozsądną kwotę. W dłuższym okresie Juventusowi się to tylko opłaci - nie będzie musiał nikomu płacić za dzierżawę, a pieniądze pozyskane ze sprzedaży biletów czy organizacji imprez zachowa tylko dla siebie.

Stadion Wiśle zbudowało natomiast miasto... Dzięki temu udało się zbudowanie tego architektonicznego koszmarku załatwić za spore pieniądze. Może więc warto byłoby przenieść z Włoch do Polski nie tylko spaghetti i pizzę, ale też filozofię budowania stadionów? Obyłoby się bez przekrętów i marnowania pieniędzy podatników, do jakich dochodzi obecnie. I przynajmniej mielibysmy znacznie lepsze i ładniejsze stadiony, niż ten Wisły.



20:54, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 października 2011

Stopniowo nam się krystalizuje tabela Ekstraklasy. Par excellence. Stopniowo, bo nie tylko z czasem, ale też w schodkowy sposób. Niektóre drużyny w lidze mają po tyle samo punktów,a tabela generalnie wygląda tak, że o puchary walczy 9 drużyn (różnica między pierwszą a dziewiątą wynosi pięc punktów), a potem następuje tąpnięcie i pięć punktów przerwy - kolejne drużyny walczą już o utrzymanie.

Gratulacje na pewno należą się ŁKSowi i trenerowi Michałowi Probierzowi - za ambicję. Jest jeszcze zbyt daleko od jakiegokolwiek ferowania wyroków, ale łódzka drużyna zaczyna grać coraz lepiej i co najważniejsze, potrafi się podnieść pomimo ciosów. W piątek grała z towarzyszem niedoli - Podbeskidziem, i wygrała 2:1, pomimo tego, że jako pierwsza strzeliła gola. Bramki dla Łódzkiego Klubu Sportowego zdobyli Sebastian Szałachowski i Marek Saganowski, którzy wyrastają na najskuteczniejszych strzelców w drużynie. ŁKS awansował na 13 pozycję i ma już osiem oczek na koncie, ale nie będzie miał łatwej walki o utrzymanie, gdyż przed nim sporo meczów z trudnymi rywalami.

Brawa na pewno nie należą się Lechii Gdańsk, która swoją grą niesamowicie kaleczy polski futbol, co już jest trudne do zrealizowania. W piątek bezbramkowo zremisowała z GKSem Bełchatów i to jest jedno z tych postkań, o których można śmiało powiedzieć: wynik lepszy niż gra. Lechiści zupełnie nie chcieli grać i może by nawet oddali ten mecz walkowerem, bo Bełchatów (!!!) całkowicie zdominował grę, ale wszystkie ataki kończyły się na świetnych interwencjach młodego Wojciecha Pawłowskiego. Osiemnastolatek wybronił Lechii mecz, który powinna ona wysoko przegrać i zobaczymy jak potoczy się dalej kariera tego młodego bramkarza. GKS ma na koncie nadal tylko jedną wygraną i walka o utrzymanie w przypadku tej drużyny wygląda naprawdę mizernie.

Na szczęście zdarzały się też lepsze mecze. Widzew Łódź aż do 9. kolejki nie mógł znaleźć w lidze swojego pogromcy. Do czasu. Ruch Chorzów jako pierwszy zdołał sforsować defensywę łódzkiej drużyny i zdobyć więcej bramek. Dwie z nich strzelił zresztą Maciej Jankowski, który ma w tym sezonie na koncie już pięć trafień i puka do drzwi reprezentacji. Trzecie dołożył Arkadiusz Piech, stanowiący razem z Jankowskim siłę ofensywną Niebieskich, a Widzew odpowiedział tylko jednym golem Piotra Grzelczaka. Widzew zajmuje dopiero siódme miejsce w tabeli, ma na koncie 14 punktów i choć obecnie można byłoby to uznać za niepowodzenie, to jednak przed sezonem taki wynik byłby pewnie wzięty w ciemno.

Z chwilowego kryzysu podnosi się Jagiellonia Białystok. W tym sezonie na bramce tego klubu powstał niezły zwierzyniec - po Słowiku i Baranie, przyszła pora na Ptaka. Tenże Ptak Tomasz, 19-latek to kolejny młody bramkarz, debiutujący w tej kolejce Ekstraklasy i spisujący się całkiem nieźle. Jaga wygrala 3:1 i choć Ptak wpuścił tę jedną bramkę, to powstrzymał jednak Zagłębie Lubin od kolejnych trafień. Co ciekawe, jedyną bramkę dla Lubinian zdobył... tak, tak... Darvydas Sernas! No cóż, odblokował się chłopak i jak to mówią - lepiej późno niż wcale. Nie ma co się jednak rozczulać nad tym jednym golem, w momencie gdy dwie bramki zdobył Tomasz Frankowski i w tym momencie ma na koncie 155 trafień w Ekstraklasie, co daje mu czwarte miejsce w Klubie 100, ex aequo z Włodzimierzem Lubańskim. Niestety, na kolejny awans w tej klasyfikacji chyba nie ma co liczyć - no może pod warunkiem, że Franek zdobędzie jeszcze 12 bramek i dorówna Gerardowi Cieślikowi.

Skoro już o bramkach mowa, to Artjom Rudniew ma ich na koncie w tym sezonie już 14. wszystko wskazuje na to, że się na tej liczbie nie skończy, a liczba ta jest szczególna - w zeszłym roku tyle trafień wystarczyło do zdobycia tytułu króla strzelców. Kto wie, może jeszcze w rundzie jesiennej, Rudniew strzeli jeszcze ze cztery bramki i wyrówna osiągnięcie Roberta Lewandowskiego sprzed dwóch sezonów? W każdym razie, w sobotę Kolejorz rozegrał naprawdę dobry mecz z Cracovią, który wygrał 3:0. W zasadzie, Lech jest drużyną nieobliczalną - potrafi zarówno wtopić, jak i nieźle rozgromić. Pod tym względem jest przeciwieństwem Pasów, które potrafią tylko wtopić i aktualnie plasują się na ostatnim miejscu w tabeli.Trener Dariusz Pasieka może mieć ostry ból głowy, bo w najbliższym czasie, Cracovii nie czekają bynajmniej łatwe mecze w lidze.

Polonia Warszawa póki co piastuje 9. miejsce w lidze i zamyka stawkę druźyn, które można podejrzewać o pucharowe ambicje. Stawkę tę otwiera natomiast Śląsk Wrocław, liderujący w tabeli, który w niedzielę rozgromił Czarne Koszule aż 4:0. Wprawdzie przy takim wyniku jedna bramka mniej lub więcej nie robi szczególnej różnicy, ale Dariusz Pietrasiak czuł chyba ogromną satysfakcję, że ustalił wynik meczu strzelając gola drużynie, w której grał jeszcze w minionym sezonie i musiał się z nią pożegnać. Śląsk jak widac nie zwalnia, a jak na razie, nie zwalnia też Józef Wojciechowski - mimo trzech porażek w sezonie, JW Jacka Zielińskiego nie zwolnił. Wprawdzie zamiast tego, Zieliński bedzie musiał korzystać z usług doradców prezesa, ale kasa będzie się jeszcze przez jakiś czas zgadzać.

Hitem kolejki miał być mecz Legii Warszawa z Wisłą Kraków, ale ze względu na grę Wisły, trudno to spotkanie nazwać szlagierem. Biała Gwiazda jest albo mocno rozbita poprzednimi pucharowymi niepowodzeniami, albo mityczne "dwie równe jedenastki" Maaskanta, nie działają bez dwóch piłkarzy - Meliksona i Małeckiego. Gra Wisły po raz kolejny wygląda słabo, a i w tabeli nie wygląda to tak, jak chcieliby Wiślacy. Na razie mają tyle samo punktów co Legia (rozegrała jedno spotkanie mniej) i nie jest powiedziane, że w najbliższym czasie nie tylko przeskoczą Legię, ale i wskoczą na podium. Legioniści bowiem rozgrywają nawet dobre mecze (coś takiego jak Wisła w zeszłym sezonie - bez większego stylu, ale z indywidualnymi zrywami dającymi bramki). W niedzielę Legia pokonała Wisłę 2:0 i trener Maciej Skorża może być z siebie zadowolony, bo dając pstryczka w nos swojemu byłemu klubowi, pokazał że może odwrócić niekorzystny ostanio dla Legii bilans meczów tych dwu drużyn.

W ostatnim meczu kolejki, Korona Kielce pewnie pokonała Górnika Zabrze 2:0 i pozostała jedyną drużyną w Ekstraklasie bez przegranego meczu. To dla tego klubu duże osiągnięcie i obecna, druga w tabeli, pozycja sprawia, że piłkarze Leszka Ojrzyńskiego mogą z optymizmem patrzeć w przyszłość. Wiadomo, Korona kiedyś przegrać musi, ale wątpliwe by przemieniło się to w serię porażek, więc cel nr 1. - walka o utrzymanie, wydaje się być bliski realizacji. Teraz warto sobie postawić drugi - walkę o podium, na które Kielczan z pewnością stać. Gorzej prezentuje się sytuacja Górnika, który nie wygrał od czterech kolejek i teraz jest bliższy walce o utrzymanie, niż o cokolwiek więcej. W tabeli zajmuje 11. pozycję, mają tyle samo punktów co Lechia i Podbeskidzie, ale z taką grą, już za niedługo może się okazać, że wyprzedzi go nawet ŁKS. Piłkarze Górnika powinni wziąć się w garśc, bo zabrzański klub ma skład zdecydowanie na środek tabeli, niż na walkę o niepewne utrzymanie.

piątek, 30 września 2011

Heh, pomyślcie, że Wisła Kraków jeszcze pięć tygodni temu chciała załapać się do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Z ekonomicznego punktu widzenia miałoby to sens, bo jednak lepiej zbierać wpierdole tam, gdzie płacą za to więcej, ale na taki luksus trzeba sobie zasłużyć. Pod względem sportowym jednak Wisła nie nadaje się ani do LM, ani do Ligi Europy.

Praca w piłce nożnej czasem polega na wciskaniu kitu, co jest czasem dobrą metodą, by przegnać dziennikarzy. Parę dni temu Stan Valckx znowu powtórzył, że Wisła w Eredivisie byłaby tuż za czołówką. Wiadomo, sam w te słowa nie wierzy, chce jedynie zrobić dobry PR sobie, jak i Wiśle w przyszłości, jednak warto byłoby znać granice, żeby się nie ośmieszać. Z taką grą to Wisła faktycznie byłaby tuż za czołówką w Holandii, jednak tylko wtedy, gdy uznalibysmy za czołówkę 16 drużyn z Eredivisie.

To co zaprezentowała dziś Wisła, to była żenada, hańba, frajerstwo, ale przede wszystkim totalny brak umiejętności czegokolwiek. Jeśli ktoś się zastanawiał, jak to się dzieje, że piłkarze z takim CV jak Jaliens czy Lamey trafili do Polski, to znalazł odpowiedź - właśnie dlatego. Już nie chodzi o to, że oni nie grają na poziomie holenderskim, im daleko nawet do Cypru - dlatego też trafili na futbolową pustynię, do Polski. Czy w Wiśle istnieje w ogóle coś takiego jak formacja defensywna? Pareiko ostatnio stał się drugim Mariuszem Pawełkiem, mógłby też zmienić nazwisko na Parjojko, bo powoli przestaje być takim bohaterem drużyny, jakim był wiosną tego roku. Jedyny piłkarz na poziomie w drużynie Wisły, to w tym meczu Dudu Biton, bo na kilkanaście minut sprawił sensację, że Wisła w ogóle wyszła na prowadzenie. Twente robiło jednak swoje i jeździło z Wisłą jak z furą gnoju. Z prostego powodu - mieli rozrysowaną taktykę, styl i założenia. 

Znacznie lepiej zaprezentowała się dziś Legia. Ze wszystkich meczów jakie rozegra w fazie grupowej, ten był - teoretycznie przynajmniej - najłatwiejszy. Pokonanie Hapoelu u siebie może się jednak okazać ostatnim wygranym spotkaniem, bo drużyna z Izraela pokazała zarówno charakter, jak i wysokie umiejętności, a po tym co Legia zaprezentowała w pierwszej połowie, była zdecydowanym faworytem. Na drugą połowę wyszła już jakby inna Legia i inny Ljuboja. Ten piłkarz zresztą to i tak fenomen w drużynie z Łazienkowskiej - grając na stojąco potrafi zrobić więcej, niż cała reszta tej drużyny razem wzięta. W pierwszej połowie wyróżnił się tylko poprawianiem getrów, w drugiej miał udział we wszystkich trzech bramkach dla Legii.

Legia wygrała bo musiała, jednak mecz toczył się ze zmiennym szczęściem, tak że jeszcze pod koniec regulaminowego czasu gry losy spotkania nie były rozstrzygnięte. Może gdyby Hapoel wykorzystał  swoje stuprocentowe sytuacje, mecz potoczyłby się inaczej. Całe szczęście, że Legia ma na bramce Dusana Kuciaka, który może wybronić prawie wszystko. A pracy miał dużo, gdy na obronie gra Jakub Wawrzyniak, na którego w przerwie meczu był wściekły Marek Jóźwiak, który zresztą udzielić dość pikantnego wywiadu w przerwie meczu. Stwierdził, że piłkarze Legii powinni jeździć na dupach, a nie schodzić do szatni w suchych koszulkach i całkiem mozliwe, że powtórzył te słowa w szatni, tonem Józefa Wojciechowskiego, co mogło być powodem przebudzenia Legii. Szkoda, że nie wspomniał nic o transferach, które są jego zasługą, albo raczej porażką.

W tabeli Legia jest druga, jednak proponowałbym podejście z ostrożnym optymizmem. Przed nią jeszcze dwa mecze z ambitnym i całkiem niezłym Rapidem Bukareszt, rewanż z najtrudniejszym w grupie PSV oraz mecz na wyjeździe z Hapoelem. Ponieważ Hapoel był pokonany tak na aby, aby, to u siebie będzie chciał zawalczyć na 100%.

00:01, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 września 2011

Już od jakiegoś czasu najwięcej emocji wokół reprezentacji Polski, budzi sprawa naturalizacji piłkarzy dla naszej kadry. Rozgorzała ponownie po rozterkach Meliksona z ostatecznym wyborem kraju, który będzie reprezentował, a wszelkie tego typu wahania, wielu osobom w naszym kraju się nie podobają. Największe wzburzenie budzi fakt, że jeszcze nie tak dawno, bo zaledwie kilka tygodni temu, Melikson reprezentował Izrael i dla tego kraju zdobywał bramki. Nie takie jednak przypadki się zdarzały.

Naturalizacja piłkarzy to nie jest polski wymysł i co więcej - nie jest wymysłem ostatnich kilkunastu lat. Takie praktyki były stosowane już od bardzo dawna, przez wiele innych federacji. Ostatnie przypadki powołań do polskiej kadry są jednak szczególne - wybieramy spośród zawodników mających polskie pochodzenie, lub bedących Polakami, ale zamieszkujących inne kraje. Boenisch, Polanski, Matuszczyk czy Pękalski to zawodnicy, których rodzice są Polakami, zaś oni sami urodzili się w Polsce (wyjątek to Pękalski, który urodził się w Szwecji). Perquis i Obraniak mają z kolei polskie korzenie - Damien polską babcię (żyjącą do dzisiaj), zaś Obraniak dziadka. Melikson to jeszcze inny przypadek - jego matka jest Polką (dokładniej Żydówką polskiego pochodzenia), ojciec zaś pochodzi z innych stron i jego sytuacja jest identyczna jak ta z Robertem Acquafreską.

Polacy poszukują piłkarzy z polskimi korzeniami gdzie tylko mogą, co nie jest praktyką wyłącznie polską. Na Mundialu 2002, w reprezentacji Turcji (tej, która zajęła wówczas trzecie miejsce) zagrało pięciu piłkarzy, którzy urodzili się i wychowywali poza tym krajem. Tayfur Havutcu, Muzzy Izzet, Yıldıray Baştürk,  İlhan Mansız,  Ümit Davala - większość z nich do osiągnięcia pełnoletności (a nawet i później) mieszkała, wychowywała się i uczyła grać w piłkę w Niemczech (jedni w RFN, inni w NRD). Wyjątkiem jest tu tylko Izzet, urodzony w Londynie. Dwa lata wcześniej, na Euro 2000 w tureckich barwach grał Ogün Temizkanoğlu, urodzony w niemieckim Hamm, dopiero w wieku 20 lat przeniósł się do rodzimego Trabzonsporu i jest jednym z pierwszych tureckich „piłkarzy odzyskanych”. Skauting tureckiej federacji działa bardzo prężnie – do tego stopnia, że kilka lat temu Turcy proponowali grę w swojej kadrze... Dawidowi Janczykowi.

Niemcy „dostarczają” zawodników nie tylko Polsce i Turcji. Kevin Prince Boateng, młodzieżowy reprezentant Niemiec, w 2007 roku zdecydował się grać dla reprezentacji Ghany. Pytanie czy mozna go nazwać „farbowanym lisem” komplikuje się w sytuacji, gdy jego brat, Jerome jest etatowym kadrowiczem drużyny niemieckiej. Los sprawił, że obaj bracia zagrali przeciwko sobie na Mundialu 2010.

Niemcy piłkarzy dostarczają, ale sami też przygarniają. I nie chodzi mi tu bynajmniej o potomków imigrantów, zawodników wywodzących się z mniejszości narodowych czy terenów postkolonialnych. Naturalizacja Paulo Rinka czy Cacau niczym nie różni się od przypadku Olisadebego czy Rogera. Paulo Rink jest urodzonym w Kurytybie Brazylijczykiem, który grał w tym kraju do 24. roku życia. Później przeniósł się do Bayeru Leverkusen i już po roku gry w tym klubie otrzymał niemieckie obywatelstwo i powołanie do kadry. Reprezentował ten kraj w Pucharze Konfederacji i na Euro 2000. Losy Cacau ułozyły się trochę inaczej – przybył on do Niemiec mając 18 lat i został piłkarzem turecko-niemieckiego Turkgucu Munchen, by później podbijać 1. FC Nurenberg czy Vfb Stuttgart. W 2009 roku, po dziesięciu latach pobytu w tym kraju, otrzymał niemiecki paszport i bez przeszkód mógł reprezentować swój nowy kraj.

Do casusu Roberta Acquafreski, można przyrównać przypadek Oliviera Neuvilla. Urodził się on poza terytorium Niemiec i tylko jeden z ich rodziców był Niemcem. Neuville wychowywał się w Szwajcarii i tam uczył się piłkarskiego rzemiosła. Później przeniósł się do Hiszpanii, a dopiero w wieku 24 lat wyjechał do kraju swojego ojca. W następnym roku (1998) jako piłkarz Hansy Rostock otrzymał powołanie do kadry i przez kolejne 10 lat był ważnym jej ogniwem.

Mówiąc o związkach polskiej i niemieckiej reprezentacji, nie sposób pominąć takiej postaci jak Ernest Wilimowski. Piłkarz deklarujący się jako Ślązak, był przed wojną reprezentantem Polski i w jej barwach zdobył 21 goli w 22 meczach (z czego cztery strzelił na słynnym mundialowym meczu z Brazylią). Gdy wybuchał wojna, był zmuszony podpisać volksdeutchlistę i później kontynuował karierę piłkarską, w tym reprezentacyjną. W latach 1941-42 zagrał w osmiu meczach Trzeciej Rzeszy, w których strzelił 13 bramek. Wyklęty po wojnie przez komunistyczną propagandę w Polsce, osiedlił się na stałe w Niemczech i jeszcze w 1954 roku miał żal do ówczesnego selekcjonera reprezentacji RFN, że nie dostał powołania na Mundial. Mimo 38 lat na karku czuł się jeszcze na siłach by powalczyć w tamtym turnieju.

W Mistrzostwach Świata z roku 1954, Niemcy grali w finale ze „złotą jedenastką” Węgier – drużyną, która nie przegrała żadnego spotkania od blisko czterech lat. Wyróżniającą się postacią tamtej drużyny był bodaj najwybitniejszy węgierski piłkarz, Ferenc Puskas. W 85 meczach tej drużyny zdobył 84 bramki i przyczynił się do największego sukcesu reprezentacji Węgier w historii – zajęcia drugiego miejsca na Mundialu. Niestety, Puskas musiał opuścić swój kraj po węgierskiej rewolucji z 1956 roku, po czym przeniósł się do Hiszpanii. Tam został zawodnikiem i jedną z legend Realu, a po paru latach... reprezentantem Hiszpanii. Furory w La Roja jednak nie zrobił – wystąpił zaledwie w czterech meczach i nie zdobył żadnej bramki.

W kadrze Hiszpanii grali też inni naturalizowani zawodnicy, z czego najciekawiej wyglądali Alfredo di Stefano i Laszlo Kubala. Zanim di Stefano przeszedł do historii hiszpańskiego futbolu, reprezentował i Argentynę, i Kolumbię, natomiast Kubala, urodzony w Budapeszcie pół-Słowak, najpierw grał w kadrze Czechosłowacji, zaś następnie Węgier. Jednak naturalizowani piłkarze w kadrze La Roja to nie tylko relikt zamierzchłych czasów – w latach 90. w drużynie narodowej Hiszpanii występowali urodzony w Danii Thomas Christiansen, pochodzący z Brazylii Donato oraz argentyński napastnik, Juan Antonio Pizzi. Wszyscy z nich urodzili się i wychowali w innych krajach, a do Hiszpanii przybyli mając odpowiednio osiemnaście, dwadzieścia sześć i dwadzieścia trzy lata.

Hiszpanie i Włosi posługują się zresztą terminem oriundo, oznaczającym piłkarza urodzonego poza krajem, który obecnie reprezentuje. We włoskiej piłce jest to zjawisko istniejące już od samego początku lat 20. Na Mundialu 1934, we druzynie Italii grali tacy piłkarze jak Attilio Demaria, Louis Monti, Raimundo Orsi czy Anfilogino Guarisi, pochodzący z krajów latynoskich. Ich naturalizacja się opłaciła, gdyż na tychże Mistrzostwach Świata włoska drużyna zajęła pierwsze miejsce. W późniejszych latach ilość takich przypadków poszła w kilkadziesiąt sztuk, a w drużynie włoskiej grali Juan Alberto Schiaffino czy Jose Altafini. Dopiero w 1962 roku FIFA wprowadziła zmiany zabraniające zmiany reprezentacji narodowej, a wielu spośród oriundi grało w dwóch lub więcej drużynach. Możliwe było i jest nadal reprezentowanie kraju w którym się gra, jeżeli nigdy nie zagrało się w meczu o punkty dla innej kadry. Dzięki temu w ostatnich latach w druzynie włoskiej występowali Mauro Camoranessi, Thiago Motta czy Amauri.

Tak jak Boenisch, Matuszczyk czy Polanski urodzili się w Polsce i będąc małymi dziećmi wyjechali do Niemiec, tak samo David Trezeguet urodził się we francuskim Rouen i jako dziecko wyjechał z rodzicami do Argentyny. Tam nauczył się grać w piłkę i do 18. roku życia grał w Platense. W 1995 roku przeniósł się do francuskiego AS Monaco, gdzie eksplodował jego talent. W okresie gry w tym klubie, zainteresowanie młodym zawodnikiem wyraziły federacje Francji i Argentyny. Trezeguet zdecydował się reprezentować Tricolores, z którymi wygrał puchar Mistrzostw Świata. Dziesięć lat później identyczny dylemat miał Gonzalo Highuain, który urodził się we Francji, ale ostatecznie postawił na Albi-Celestes. Do samego końca zabiegała o niego jednak federacja Les Bleus.

Przez lata ważną postacią reprezentacji Portugalii był Deco Souza, urodzony w Brazylii ofensywny pomocnik, który do Portugalii przybył mając 20 lat. Jego pierwszym klubem była Benfica, ale reprezentantem tego kraju został dopiero występując w FC Porto. Brazylijczycy wzmocnili też druzynę Chorwacji – jednym z ważniejszych zawodników ostatnich lat jest w niej Eduardo da Silva, pochodzący z Rio de Janeiro napastnik, który do Chorwacji przybył w wieku 18 lat. Piłkarze brazylijskiego pochodzenia występowali nie tylko w drużynach europejskich – na historycznym dla Kostaryki Mundialu 1990 wystepował Alexandre Guimaraes, zaś w drużynie Japonii występowali Alessandro Santos, Ruy Ramos i Wagner Lopes.

Pozostając poza Europą, druzyna USA nie raz sięgała po zawodników naturalizowanych. Preki Predrag Radosavljević był pochodzącym z Jugosławii prawoskrzydłowym, który do Ameryki przyjechał mając 22 lata i na początku występował w tamtejszej lidze halowej. Dopiero dekadę później, po rozmaitych epizodach z piłką halową, ligą szwedzką, a nawet słynnym Evertonem, został zawodnikiem Kansas City Wizards i otrzymał pierwsze powołanie do drużyny Jankesów. Od futsalu zaczynał też urodzony w RPA Roy Wegerle, który do Stanów wyemigrował w wieku 16 lat. Grał tam początkowo w piłce uniwersyteckiej, potem oddawał się futsalowi, aż trafił do Chelsea. Kolejne jego lata to występy w Anglii i w czasie gdy był zawodnikiem Coventry City (1993 rok) otrzymał powołanie do amerykańskiej drużyny narodowej. Najciekawszym przypadkiem naturalizacji był jednak David Regis. Piłkarz urodzony na Martynice, a wychowywany we Francji nie miał praktycznie żadnych szans na grę w drużynie Les Bleus. Postanowił więc zostać reprezentantem Stanów Zjednoczonych – obywatelstwo tego kraju posiadała bowiem jego żona. Regis szybko otrzymał swoje obywatelstwo i przez parę lat grał w drużynie USA, zaliczając nawet występy na Mundialu.

Polacy naturalizują piłkarzy, ale są też reprezentacje naturalizujące Polaków. Kanadyjczycy przez 14 lat nie wyobrażali sobie swojej kadry bez Tomasza Radzińskiego. Urodził się on w Poznaniu, tam uczył się grać w piłkę, a po jakimś czasie został piłkarzem Cuiavii Inowrocław. Stamtąd trafił do Niemieckiego VfL Osnabrueck. W roku 1990, mając 17 lat, wyjechał z Niemiec do Kanady i tam osiadł na nastepne kilka lat. Dobra gra w tamtejszej lidze sprawiła, że w 1995 roku otrzymał powołanie do kanadyjskiej kadry. Później jego kariera potoczyła się tak, jak wielu polskich piłkarzy nawet by nie marzyło – przeniósł się do Belgii, gdzie grał w Germinalu Ekeren, następnie trafił do Anderlechtu, stamtąd do Evertonu, a nastepnie Fulham.

Od Polski zaczęlismy, więc na Polsce skończymy. Nie jest prawdą, że pierwszym naturalizowanym piłkarzem w naszej reprezentacji był Emmanuel Olisadebe. Pierwszy taki przypadek to sam początek istnienia naszej narodowej – rok 1922, gdy debiutował w niej, urodzony w Moskwie Jerzy Bułanow (właściwie Jewgienij). Bułanow przyjechał do Warszawy w roku 1919 i szybko zżył się z tym miastem, stając się legendą trzech warszwskich klubów – Korony, Legii i Polonii. Do 1935 roku wystąpił w 22 meczach naszej reprezentacji. Kolejny przykład jest już powojenny – Rezso Patkolo, urodzony w Budapeszcie węgierski piłkarz, w czasie wojny został wywieziony do Niemiec. Tam poznał Polkę, z którą później wziął ślub. Po wojnie grał jeszcze na Węgrzech i nawet dwukrotnie wystąpił w węgierskiej kadrze, jednak w 1948 roku przeniósł się do Polski, gdzie został zawodnikiem ŁKSu. Dobre wystepy w tym klubie sprawiły, że rok później otrzymał on powołanie do polskiej kadry i w latach 1949-52 zaliczył w niej trzy występy.

Zamiast zakończenia.

Typowego zakończenia tu nie ma, bo nie stawiam żadnej tezy, poza jedną - naturalizacje istniały w futbolu jesli nie od zawsze, to od bardzo dawna. Korzystali z tego rozwiązania najlepsi. Podsumowaniem niech będą słowa selekcjonera Włoch, Vittorio Pozzo - if they can die for Italy, they can play for Italy. Dla Polski też. 

10:22, wankuwer
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 września 2011

Ósma kolejka Ekstraklasy już za nami i warto przypatrzyć się tabeli, zwłaszcza że wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Liderem jest obecnie Śląsk Wrocław, Wisła Kraków, do niedawna szósta, obecnie awansowała na trzecie miejsce, Lech spadł z drugiej na szósta pozycję, Korona jest dopiero wiceliderem, a Legia awansowała zaledwie o jedną pozycję - z dziewiątego na ósme miejsce. Tyle wydarzyło się w czasie jednej kolejki, a że tabela po raz kolejny jest mocno spłaszczona, to za tydzień też wiele może się zmienić.

Lechia Gdańsk w tym sezonie chyba niczym nas już nie zaskoczy. Drużyna, która zdołała pokonać na wyjeździe Wisłę Kraków, nie dała rady w tym sezonie najsłabszym druzynom takim jak ŁKS, Cracovia i - w ostatni piątek - Podbeskidzie. Lechia gra kaszanę i jesli tak dalej pójdzie, to derby Trójmiasta zaczną odbywać się w pierwszej lidze, na dwóch ładnych nowoczesnych stadionach, z których jeden będzie obiektem Arki Gdynia, a drugi - PGE Areną. Aż do ósmej kolejki Podbeskidzie musiało czekać na pierwszą u siebie wygraną w Ekstraklasie i trzeba było dopiero podopiecznych Tomasza Kafarskiego, by to się udało. Bielszczanie wygrali 1:0 co jest zasługa, po pierwsze, odpuszczeniu uciekającej piłki przez Deleu, po drugie trzeźwości Lirana Cohena, a po trzecie egzekucji strzału przez Piotra Malinowskiego. Do utrzymania klub z Bielska potrzebuje jeszcze około 21 punktów, co nie jest dla tej drużyny niemozliwe.

Nie wiem ile goli zdobędzie w tym sezonie Artjom Rudniew, ale jak dotąd z uznanych mu 12 trafień, tak na oko pięć było nieprawidłowych. Albo strzelił ze spalonego, albo piłka nie wpadła do siatki. W meczu ze Śląskiem Wrocław zaliczył kolejne takie trafienie. Szczęściem, że gol ten nie zaważył na wynikach spotkania (Lech przegrał na wyjeździe 1:3), jednak to wszystko zaczyna się robić takie... nieekskluzywne. Po tym spotkaniu Rudniew prowadzi w klasyfikacji strzelców, a Śląsk - w ligowej tabeli. Zobaczymy jak długo, jednak Wrocławianie, żeby móc poprawić wynik z zeszłego sezonu musieliby to pierwsze miejsce utrzymać do końca rozgrywek. Kolejorz ma na koncie już trzy porażki i tylko niemrawość naszej E-klasy sprawia, że ciągle liczy się w walce o tytuł - Arsenal w analogicznej sytuacji w Premiership te szanse już raczej pogrzebał.

W Cracovii wystarczyło zmienić trenera i nadeszły dwa przełamania. Pasy wygrały swój pierwszy mecz ligowy (przełamanie nr 1), a stało się tak dzięki bramce Andrzeja Niedzielana (przełamanie nr 2). Niedzielan ma wprawdzie fatalny bilans jak na napastnika, bo to dopiero jego pierwszy gol, ale jest nadzieja - gdyby bowiem nie strzelił w meczu z Górnikiem do bramki z odległości metra, to znaczyłoby, że zapomniał już, jak to się robi. Górnik Zabrze nie prezentuje się w tym sezonie najlepiej - ma na koncie zaledwie 9 punktów i zajmuje w tabeli odległe 10. miejsce. Będzie mu raczej trudno stać się taką sensacją jak sezon temu.

Przełamał się także Marek Saganowski, który zdobył pierwszego gola w tym sezonie. Zawsze to jakiś miły akcent, szkoda tylko że jego ŁKS przegrał 1:2 na wyjeździe w meczu z Zagłębiem Lubin. Ale właśnie - Zagłębie też się przełamało. Miedziowi wygrali właśnie pierwszy mecz w tym sezonie, co uratowało posadę trenera Jana Urbana. Zabrakło trzeciego przełamania - bramki Sernasa, ale za to pieknie z roli napastnika wywiązał się Arkadiusz Woźniak, który zdobył obydwa gole dla lubinian. Warto byłoby tego piłkarza obserwować, na wypadek gdyby miało się okazać, że właśnie ekspolduje jego talent - w meczu z ŁKSem zdobył bowiem tyle samo bramek, ile przez zeszły sezon w 20 spotkaniach. Teraz trzeba zadać sobie pytanie, czy to tylko jednorazowy wybryk, czy coś poważniejszego.

Nie przełamał się z kolei GKS Bełchatów. Rok temu o tej porze był trzeci i miał na koncie 15 punktów. Teraz - tak, tak - jest ostatni, najgorszy i najbardziej żenujący ze wszystkich drużyn. Wygrał, ale tylko raz, oprócz tego sześć razy przegrywał. Wszystko co dobre kiedyś się kończy i całkiem możliwe, że za rok, będzie grał w generalnie innej lidze. Tym razem nie dał rady u siebie Legii Warszawa. Biorąc pod uwagę, że Legię ograło nawet Podbeskidzie, Bełchatowianie mogą stać się symbolem ogórstwa w naszej lidze. Legia wygrała 2:0, choć męczyła się aż do 80. minuty, zaś bramki strzelili Jakub Wawrzyniak (nie, to nie żart) i Miroslav Radović. Widmo czwartej porażki w tym sezonie zostało oddalone, ale nie wiadomo na jak długo - za tydzień gra przecież z Wisłą.

Emocji, podobnie jak goli, nie brakowało w meczu Widzewa Łódź z Jagiellonią Białystok. Wygrał 4:2 Widzew, który od początku tego sezonu ani razu nie schodził z boiska pokonany. Tym razem Białostoczanie najpierw wyszli na prowadzenie, po czym stracili dwa gole i gdy już udało im się wyrównać, stracili kolejne dwa. Świadczyć to może o ich motywacji, ale też jakości. Bramkarz Jagi, Krzysztof Baran, w trzech ostatnich spotkaniach (wliczając w to także mecz w PP) wpuścił do siatki łącznie 11 goli i warto zadać sobie pytanie, czy nadaje się na Ekstraklasę. Podobno dobrze na testach wypadł Grzegorz Rasiak, który ma być wzmocnieniem ataku, więc może Czesław Michniewicz poszuka wśród piłkarskich oldbojów kogoś na bramkę? Nie wiem, może Jerzy Dudek byłby dobry? Michniewiczowi powrót do Łodzi się nie udał, choć pewnie chciał udowodnić, jak bardzo mylili się właściciele drużyny Widzewa zwalniając go. Tym razem nie wyszło. Trzy gole na koncie ma już Tomasz Kupisz i po "Franku" jest to najskuteczniejszy strzelec Jagi.

Wisła Kraków wygrała u siebie 3:2 z Ruchem Chorzów. Mecz był raczej chaotyczny i nie stał na wysokim poziomie, ale nie to jest najgorsze. Fatalną wiadomością dla Białej Gwiazdy są kontuzje podstawowych piłkarzy - Maora Meliksona i Patryka Małeckiego. Obaj moga pauzowac długie tygodnie, więc uciekną im ważne mecze i w lidze iw Lidze Europy. Tym cenniejsze, mimo tego osłabienia, są trzy punkty na własnym terenie. Oczywiście bramkę zdobył Dudu Biton, aktualnie wicelider klasyfikacji strzelców, ale są i niespodzianki - gola dla Wisły zdobył też Andraż Kirm oraz Junior Diaz. Dla Ruchu, tradycyjnie - Jankowski oraz, po raz drugi w karierze, Igor Lewczuk. Teraz przed Wisłą mecz z Fulham i nad nim musi się skupić najbardziej.

Ostatnim spotkaniem był bezbramkowy remis Polonii Warszawa z Koroną Kielce. Mecz się odbył i tylko tyle można o nim napisać. Korona nadal bez przegranej w lidze, zajmuje obecnie 2 miejsce w tabeli.

piątek, 23 września 2011

Przed reprezentacją Polski dwa kolejne mecze towarzyskie: 7 października w Seulu z Koreą Południową i 11 października w Wiesbaden (Niemcy) z Białorusią. To pierwsze spotkanie budzi masę kontrowersji, łącznie z ostrą wypowiedzią Kuby Błaszczykowskiego o bezsensie tarabanienia się do Korei na jeden mecz, by zaraz potem wracać z powrotem i grać z Białorusią. Zmiany stref czasowych i klimatycznych, problemy z aklimatyzacją w obie strony - to faktycznie wydaje się być mało logiczne. No, ale reprezentacja ostatecznie wybiera się do Seulu, i to w mocnym składzie.

Z kręgu kadrowiczów póki co wypadł Przemysław Tytoń, który doznał poważnej kontuzji w meczu ligowym z Ajaksem. Na szczęście wydaje się, że uraz nie jest poważny i bramkarz PSV Eindhoven wkrótce wróci między słupki. Na razie w jego miejsce powołanie otrzymał Łukasz Fabiański - jak widać selekcjoner nie zmienił zdania wobec Artura Boruca i woli powołać grzejącego ławę w Arsenalu "Fabiana" od występującego regularnie w Serie A bramkarza Fiorentiny.

Poza tym Smuda powołał z zagranicznych lig wyłącznie sprawdzonych przez siebie piłkarzy. Wygląda na to, że okres próbowania dobiegł końca...

To tylko część tekstu. Więcej przeczytasz na portalu FootballBlog.pl 

21:10, wankuwer
Link Dodaj komentarz »

Nie tak dawno pisałem, że Cracovia zatrudniając trenerów wpadła w błędne koło. W skrócie polega ono na tym, że klub przeciętnego trenera, który doprowadza klub na dno, zastępuje przeciętnym trenerem, któremu uda się to wszystko uratować, po czym w nowym sezonie znów doprowadza druzynę na dno. I tak dalej, i tak dalej. W ciągu ostatnich pięciu lat jedynym szkoleniowcem z prawdziwego zdarzenia był w tym klubie Orest Lenczyk. 

Do wczoraj pierwszym trenerem drużyny był Jurij Szatałow. Szatałow to nigdy nie był coach z górnej półki, szczytem jego możliwości był środek tabeli. Był dobry do utrzymania Pasów w lidze, do zmuszenia zawodników do cięższej pracy, ale generalnie jego pobyt przy Kałuży miał tylko i wyłącznie cel doraźny, a nie długofalowy. Ten sezon ponownie jest katastrofą dla drużyny Pasów. Wydawałoby się, że to dobry moment na zatrudnienie jakiegoś trenera z prawdziwego zdarzenia - takiego co jednak potrafi wykrzesać z piłkarzy maksimum możliwości, a przede wszystkim przestanie sprowadzać do Krakowa szrot. Tak się jednak nie stanie. Trenerem Cracovii został Dariusz Pasieka.

Po co? Dlaczego? To już nawet Szatałow, pomimo braku jakichkolwiek sukcesów, bije na głowę Pasiekę. Nowy szkoleniowiec Cracovii do tej pory pracował głównie jako asystent trenerów trzecioligowych drużyn niemieckich. Gdy zaczął działać na własny rachunek, czyli w roku 2009 gdy został pierwszym trenerem Arki, jego osiągnięcia przedstawiają się nędznie. W sezonie 2009/10 zajął dopiero 14. miejsce w tabeli, ledwie unikając spadku, a rok później został zwolniony, zostawiając Arkę na 15. pozycji w tabeli - w sezonie, w którym klub z Gdyni opuścił Ekstraklasę, co jest dużą zasługą właśnie Pasieki. Gdy dodamy do tego jeszcze antyfutbol prezentowany przez drużynę z Wybrzeża, przekonamy się, jak mizerny szkoleniowiec ma uratować klub przed spadkiem.

Na co liczą władze Cracovii? Na pożegnanie z Ekstraklasą w ładnym stylu? Być może, jakimś cudem, uda się Pasiece uratować drużynę Pasów przed spadkiem, ale szansy upatrywałbym tylko w tym, że jak muchy w smole przed degradacją walczą też kluby Podbeskidzie, Bełchatów, Zagłębie i ŁKS i zapewne nie zdołają odskoczyć czerwonej latarni na tak duzy dystans, jak miało to miejsce sezon temu.

16:31, wankuwer
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48